To jest już kolejny oficjalny dokument Białego Domu w ostatnich miesiącach (po Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA) wzywający europejskich sojuszników, by ci ogarnęli się. Zaczęli trzeźwo oceniać ryzyka i całą sytuację bezpieczeństwa na swym podwórku, którą sami sobie fundują. W dokumencie zupełnie otwarcie się mówi, że Europa doświadcza „świadomego upadku”. „Dla wszystkich jest jasne, że dobrze zorganizowane wrogie grupy wykorzystują otwarte granice i związane z nimi globalistyczne ideały. Im bardziej te obce kultury będą się rozwijać i im dłużej obecna polityka europejska będzie się utrzymywać, tym bardziej terroryzm będzie gwarantowany” – czytamy w strategii.
„Jako miejsce narodzin zachodniej kultury i wartości, Europa musi działać teraz i powstrzymać jej umyślny upadek”, wzywają Amerykanie Europejczyków do otrzeźwienia i zejścia z drogi samozagłady.
Wydaje się jednak, że lewicowo-liberalne elity rządzące Europą nie tylko lekceważą przestrogi zza oceanu, ale wręcz z zaciętością szaleńca próbują dobrowolnie popełnić cywilizacyjne harakiri. Amerykanie nazwali to „cywilizacyjnym wymazaniem”, jakiego Europa doświadcza w skutek milionowej chaotycznej migracji z Afryki, Azji i innych cywilizacyjnie odmiennych kultur. Już wiemy, że dzieje się to nie przez przypadek, tylko jest elementem strategii „podmiany społeczeństw”, o czym zupełnie otwarcie mówi chociażby lewicowo-komunistyczny rząd Pedro Sancheza w Hiszpanii. Głośnym echem na Starym Kontynencie odbiła się jego decyzja zalegalizowania pobytu ponad 500 tysięcy nielegalnych migrantów jednym podpisem ministra. Teraz przybysze zza Morza Śródziemnego nabędą wszelkie prawa przysługujace Hiszpanom, ba, będą mogli te prawa egzekwować też w innych krajach Unii, bo przecież Hiszpania jest w strefie Schengen, więc nowi obywatele będą mogli bez przeszkód pojechać sobie, powiedzmy, do Francji i tam też korzystać z dobrodziejstw wyświadczonych im przez rządzącą hiszpańską skrajną lewicę. Nie dziwi więc, że część francuskiej klasy politycznej domaga się przywrócenia ruchu wizowego z Hiszpanią motywując, że rząd Sancheza sprowadza zagrożenie terrorystyczne również na swych sąsiadów.
Anglia z Unii Europejskiej już się wypisała, gdyż większość Brytyjczyków głosowała za Brexitem. Jednym z głównych motywów takiego głosowania była niechęć mieszkańców wyspy, by brukselscy klerkowie narzucali im różnego rodzaju absurdalne pomysły w rodzaju obowiązkowej solidarności w przyjmowaniu nielegalnych migrantów. Chcieli sami decydować o tym, kogo do siebie zapraszają i na jakich warunkach. Oczywiście inną piosnką jest to, że mają u siebie na Downing Street swoich „gwałtownych lewicowców”, którzy nie gorzej niż Brukselczycy wyuczyli się śpiewek o potrzebie ubogacania wyspiarzy milionami przybyszy, jacy na łódkach dostają się do Brytanii przez kanał La Manche. Pisałem kilka tygodni temu, że niekontrolowana migracja tudzież lewackie eksperymenty społeczne przyczyniły się do tego, że była potęga kolonialna znalazła się na skraju rozpadu. Największymi metropoliami angielskimi jak Londyn czy Birmingham (oraz dziesiątkami innych) rządzą dziś muzułmanie, a miejscowi tubylcy tracą prawa w swym własnym kraju. Gwałtowny przyrost obywateli nieangielskiego pochodzenia oraz niechęć ich do asymilacji i przyjmowania wzorców kulturowych kraju pobytu przyczyniło się wreszcie do tego, że w Anglii mówi się o powstaniu zjawiska społeczeństw równoległych. Żyją obok siebie Anglicy, spychani coraz bardziej na margines we własnym państwie, oraz milionowe społeczności migrantów i ich potomków, które kultywują własną kulturę, własny język, przestrzegają praw i zwyczajów ze swych byłych ojczyzn w pogardzie często mając prawa i sposób bycia białoskórych tubylców.
Dobrym przykładem obrazującym pęknięcie i rozdwojenie angielskiej wspólnoty były wydarzenia ostatniego weekendu w Londynie. Wówczas w stolicy odbyły się dwie duże manifestacje. Odbyły się w kontrze do siebie, dążąc do zupełnie innych celów, mając na względzie dwie zupełnie inne wizje Anglii. Jedną na Parlament Square zorganizował znany na wyspach prawicowy aktywista Tommy Robinson pod hasłem „Zjednoczyć Królestwo”, drugą na Waterloo Place zorganizowali migranci z Palestyny oraz angielska lewica. Pierwsza była upstrzona tysiącami flag w barwach narodowych oraz bardzo licznymi krzyżami chrześcijańskimi, które to atrybuty odwiecznej kultury są dziś na wyspach przez władze lewicowej kuźni wyrzucane z widoku publicznego jako oznaki białej dominacji czy nawet nietolerancji i obrażania innych. Na manifestacji konkurencyjnej widać było flagi nie angielskie tylko palestyńskie, a hasła odnosiły się do rocznicy haniebnych wysiedleń Palestyńczyków z ich ziemi przez Izrael w latach tworzenia się tego państwa – 1948-49 w tzw. Dniu Nakby. Manifestanci ostro krytykowali władze w Londynie za ich bezczynność w palestyńskiej sprawie. Fizycznie obydwa zgromadzenia dzieliło zaledwie jakichś 500 metrów, mentalnie – wszystko. Na manifestacji „skrajnej prawicy”, jak rząd Keira Starmera nazywa angielskich patriotów domagających się sobie praw we własnej ojczyźnie, wołano o przywrócenie Anglii jej byłej świetności, jej narodowej kutury, dumy z historii i dziejów. Władze robiły wszystko, by patriotów uciszyć, podciąć im skrzydła czy pokrzyżować plany organizacyjne. Do Angli nie wpuszczono wielu polityków europejskich (w tym polskiego europarlamentarzysty Dominika Tarczyńskiego) pod pretekstem bezpieczeństwa. W rzeczywistości, by ci nie mogli przemawiać do tłamszonych ideologicznie przez lewicę obywateli pragnących byłej wolności i po prostu normalności. Wystawił – rzecz jasna – Keir Starmer sobie tym samym ocenę polityka, któremu demokracja pasuje jak krowie siodło, że sparafrazuję nieco bliskiego zapewnie mu ideologicznie sowieckiego „demokraty” z wąsami i fajką. Tarczyński więc z telebimów musiał nawoływać angielskich „lwów”, by nie poddawali się w walce o swój kraj.
Taki jest obraz dzisiejszej Anglii, od którego niewiele różni się ani Francja, ani Holandia, ani Niemcy, ani Belgia, ani Hiszpania, ani jakikolwiek inny kraj Zachodu. Pytanie czy Amerykanie będą w nich usłyszani z ich wołaniem o opamiętanie się i zapobieżenie (póki ostatni jeszcze moment) „gwarantowanemu terroryzmowi”. Nie wątpię, że konserwatyści amerykańscy po raz kolejny będą buńczucznie wyśmiani z ich pouczeniami i przestrogami o „inkubatorach ekstremizmu”. Lewicowo-liberalna Europa już założyła sama sobie sznur wisielca i żadne próby jej ratowania nie będą usłyszane. Obrazki tylko z ostatnich dni, gdy we włoskiej Modenie kierowca z Magrebu na włoskich papierach wjechał samochodem z rozpędu w tłum przechodniów na centralnej ulicy miasta, by tratować i zabijać, czy w Polsce, gdzie „Szwedzi” o swoisko brzmiących imionach Mohamad H., Aran Acib A., Jabril H. i Senal Saned O.. z nożem w ręku napadli w Gdańsku na Norwega i go obrabowali, będą codzienną rutyną Europejczyków. Amerykanie podjęli walkę o swój kraj i heroicznie ją toczą. Na Zachodzie Europy paralelne społeczeństwa – czy chcą tego, czy nie chcą, wcześniej czy później – będą zmuszone dopiero starć się ze sobą, każda walcząc zawzięcie o swą wizję przyszłości...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Ten proces wciąż się pogłębia, a zachodni przywódcy zamiast ratować sytuację, coraz bardziej ciągną w dół przez te różne genderyzmy, klimatyzmy, multi-kulti i tym podobne szaleństwa.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.