Przeskok ten nastąpił w momencie wstąpienia Bułgarii do Unii Europejskiej. Wówczas to Bułgarzy z radością porzucili ustrój narzucony im siłą przez radzieckich wyzwolicieli w nadziei wejścia w orbitę wpływów Zachodu. Chcieli jak najszybciej pożegnać się z ustrojem opartym na fałszywych podstawach aksjologicznych, na kłamstwie, nędzy i korupcji towarzyszy z jedynie słusznej partii, a wejść do sterfy dobrobytu, demokracji i prawdziwej wolności. Niestety, Unia Europejska sama w międzyczasie wyrodziła się z tych wartości, przepoczwarzając się nierzadko w system na poziomie marazmu z późnego Breżniewa, o czym zresztą wielokrotnie mówili konserwatywni europosłowie na forum PE. Bułgaria jak i inne kraje byłego bloku wschodniego miała pecha. „Demokrację” socjalistyczną odrzucili, a na demokrację z prawdziwego zdarzenia, z jakiej rzeczywiście słynęła ongiś Stara Dobra Europa, już nie załapali się.
W tym chyba m. in. należy doszukiwać się przyczyn, dlaczego po dwóch ponad dekadach pobytu w najbardziej ekskluzywnym klubie bodajże na świecie w Bułgarii nie nastąpiły jakieś kardynalne zmiany. Komunistyczne porządki płynnie przeszły na tory liberalnej demokracji z jej nową oligarchią, która bardzo szybko pojęła, jak można się uwłaszczyć w nowym systemie z hasłami na ustach wypielęgnowanych nowymi unijnymi „wartościami”. Kiedy jakiś czas temu obejrzałem w polskiej telewizji reportaż zawierający zdjęcia sfilmowane ukrytą kamerą z sypialni byłego premiera Bułgarii Bojki Borysowa, myślałem, że oglądam film gangsterski a la scenki z rosyjskiego seriału „Ulica razbitych fonariej”. Premier wylegiwał się sobie w łóżku, obok którego stała szafka, a na niej leżał pistolet TT (bodajże), zaś z niedomkniętej szuflady szafki wyzierały grube paczki banknotów w nominałach dolarowych, euro czy bułgarskich lejach. Film nie był stworzony przez sztuczną inteligencję, tylko był oryginalnym dokumentem pokazującym prawdę o jednym z najbardziej wpływowych wówczas polityków w Bułgarii oraz w Unii. Partia Borisowa bowiem należała do rządzącej od dekad w Europie Europejskiej Partii Ludowej, zaś Bułgar był znaczącą figurą wśród polityków jej establishmentu jak Ursula von der Leyen, Manfred Weber czy Roberta Metsola.
Ale wróćmy do wyników wyborów parlamentarnych w Bułgarii, które właśnie się odbyły. Odbyły już po raz ósmy w ciągu ostatnich pięciu lat, zauważmy. Bułgarzy pod względem padania kolejnych rządów oraz przedterminowych wyborów w ten sposób wyprzedzili nawet wcześniejszych niekwestionowanych liderów w tej kategorii w Europie, czyli Włochów, gdzie z kolei wybory odbywały się średnio co dwa lata (do czasu wygranej Georgii Meloni). Można zatem rzec, że stabilność demokracji bułgarskiej – to stabilność wańki-wstańki, kołyszącej się na boki przy lada popchnięciu zabawki lekkim tylko muśnięciem palca. Nie dziwi zatem, że również po ostatnim głosowaniu, jeszcze przed podaniem oficjalnych wyników, wielu obserwatorów zadawało pytanie: czy tym razem w Sofii powstanie stabilny rząd, czy może nowe „święto demokracji” Bułgarów będzie czekać już za pół roku. „Zrobimy wszystko, co możliwe, aby uniknąć konieczności ponownego organizowania przedterminowych wyborów w Bułgarii”, powiedział w pierwszym komentarzu powyborczym Rumen Radew, były prezydent tego kraju oraz aktualnie lider koalicji Postępowa Bułgaria, co to według wstępnych dannych exit poll wygrała wybory (38,7 proc.). Ostatecznie jednak Radew nie będzie się musiał zamartwiać o stabilność przyszłego rządu, bowiem po podliczeniu wszystkich głosów okazało się, że jego koalicja zdobyła aż 44,6 proc. głosów wyborców i będzie mogła rządzić samodzielnie. Drugie miejsce przypadło partii GERB byłego premiera Bojki Borisowa, ale jego wynik jest ponad trzykrotnie gorszy, wyniósł zaledwie 13,4 proc. Na podium załapała się jeszcze prounijna Koalicja Kontynuujemy Zmianę – Demokratyczna Bułgaria z wynikiem 12,6 proc. Próg wyborczy przekroczyły też partia oligarchy Delana Peewskiego DPS-Nowy Początek – 7,12 proc. oraz nacjonalistyczna „Odrodzenie” – 4,3 proc.
Tak więc wydaje się, że tym razem Bułgarom udało się pokonać bezład polityczny w swym kraju, choć na razie nie wiadomo na pewno, czy wyniki wyborów zostaną potwierdzone. Już w mediach lewicowo-liberalnych pojawiły się bowiem alarmujące wzmianki o tysiącach skarg wyborczych, które mogą się stać pretekstem do ingerencji Brukseli w bułgarskie wybory, jak to było już u sąsiada Bułgarii – Rumunii. Tam, pamiętamy, po wygranej w pierwszej turze wyborów prezydenckich kandydata o poglądach prawicowych spoza establishmentu, oskarżonego o prorosyjskie ciągotki, sąd ostatecznie wybory anulował (naciski Brukseli były bezprecedensowe) i zostały ogłoszone kolejne wybory. W kolejnych wszystko już poszło po myśli unijnych elit. Wygrał mer Bukaresztu Nicusor Dan o poglądach liberalnych, wspierający wszelkie unijne pomysły, więc demokracja Rumunom z drugiego podejścia została zaliczona.
Czy zostanie zaliczona Bułgarom z pierwszego podejścia? No, zwycięstwo Rumena Radewa jest takie, że „widać go z Księżyca”, że zacytuję popularne ostatnio na Węgrzech powiedzonko. Tylko że sam Radew, były generał lotnictwa Bułgarii, polityk o poglądach konserwatywnych, może okazać się dla unijnych „demokratów” figurą nazbyt samodzielną, podejrzaną, a więc potencjalnie nieakceptowalną. Już eksperci od Bułgarii zaczęli wieścić, że Radew jest politykiem prorosyjskim, tyle że w kampanii wyborczej tej swej brzydkiej skłonności nie eksponował. Niektóre media wręcz zaczęły zadawać się pytaniem: czy Radew aby nie będzie drugim Orbanem Europy?
Brukselscy unijczycy pewnie gryzą sobie paznokcie, że nie upilnowali bułgarskich wyborów, gdyż całą swą energię i uwagę skoncentrowali na Węgrzech, gdzie odnieśli sukces. Ale czy nie będzie to pyrrusowe zwycięstwo przypadkiem. Brukseli udało się pozbyć węgierskiego „zawalidrogę”, który blokował jej różne plany, ale na jego miejsce może wejść bułgarski zawalidroga. Nawet jeżeli Radew nie będzie chciał być kopią Orbana, to trudno sobie wyobrazić, by chciał zapisać się do orkiestry szaleńców z brukselskiego podwórka i z mety zacząć popierać unijne polityki dotyczące chociażby nielegalnej migracji, zielonego ładu z jego eteesami rujnującymi gospodarki zarówno państw członkowskich, jak też budżety domowe obywateli, czy genderowe odloty świrniętych promotorów neutralnej płciowo Europy.
Rzut oka, błysk myśli i unijczycy mogą zająć się problemami łamania praworządności i demokracji już nie na Węgrzech, gdzie demokracja cudownie reinkarnowała się po zwycięstwie Petera Magyara, tylko w Bułgarii, gdzie zagrożenie wyłoniło się znienacka. Zwolnią się w Brukseli etaty zawodowych ścigaczy łamania praworządności z odcinka węgierskiego, więc je przerzuci się na odcinek bułgarski. Demokracja w Unii przecież musi być pilnowana, bo od czego niby ma być Unia?..
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.