Irańczycy – rzecz jasna – negują to, ale też wzbogaconego uranu nie chcą wydać pod międzynarodową kontrolę. Nie ulegli presji przy stole negocjacyjnym, zaciekle odgryzają się też na ataki amerykańsko-izraelskie, atakując bazy amerykańskie we wszystkich krajach regionu. Czym się skończy finalnie „Epicka Furia”, pod takim kryptonimem wojsko amerykańskie bombarduje bazy wojskowe przeciwnika, bunkry Strażników Rewolucji (przywódca religijny Iranu ajatollah Ali Chamenei został zabity już w pierwszych godzinach bombardowań), instalacje nuklearne Iranu, trudno na obecną chwilę wyrokować. Lont został podpalony, czy uda się go zgasić na czas, siłą zmuszając ajatollahów do rezygnacji z ich ambicji nuklearnych, czy też dojdzie do padpalenia beczki prochu, jaką jest dziś Bliski Wschód, konia z rzędem temu, kto ma dziś odpowiedź na to pytanie.
My, Europejczycy, raczej powinniśmy w tej krytycznej sytuacji zapytać, a gdzie jest nasza Unia, której żywotne interesy przecież też ważą się na wojennym teatrum u naszych południowych granic. Gdzie jest stanowisko Komisji Europejskiej, jej wysokich komisarzy specjalnie powołanych do celów polityki zagranicznej. Jeżeli wierzyć dzisiejszym elitom brukselskim, Unia z jej potencjałem gospodarczym, ludnościowym, potencjalnie też militarnym (piszę potencjalnie, gdzyż potencjał militarny jest po 4 latach wojny na Ukrainie w Zachodniej Europie jedynie na papierze, w stadium głębokiego planowania) powinna natychmiast pokazać swe ambicje, zaznaczyć swą potęgę odstraszającą. Zatem politycy europejscy będący w opozycji do rządzącego dzisiaj mainstreamu pytają, gdzie jest Unia? Potem sami też nieco złośliwie odpowiadają, że Unia jest czynna tylko w dni powszednie i tylko w godzinach pracy od 08.00 do 16.00. Niestety konflikt wybuchł w czasie weekendu, gdy Unia jest nieczynna, dlatego jej nie ma. Po dwóch dniach zajadłych walk powietrznych, Komisja Europejska nie zdołała wydusić z siebie żadnego oficjalnego stanowiska. Ursula von der Leyen „pilne” posiedzenie KE wyznaczyła dopiero na poniedziałek, gdy komisarze wrócą do swych biur i obowiązków z zasłużonego odpoczynku sobotnio-niedzielnego. Taką mamy właśnie Unię, która ma ambicje zostać superpaństwem, a której „supermoc”, „sprawczość” i „skuteczność” obnaża każdy kolejny kryzys, poczynając od pandemii Covid-19, poprzez wojnę na Ukrainie i kończąc na aktualnym właśnie kryzysie bliskowschodnim. Doszło do tego, że nawet Niemcy mają dość swej Urszuli. Jeden z czołowych publicystów „Die Welt” Thomas Schmid pisze: „Ursula von der Leyen kultywuje – delikatnie mówiąc – autorytarny styl przywództwa. Otacza się kręgiem niewybieralnych doradców-urzędników, nazywanych niekiedy «consigliere», w nawiązaniu do praktyk mafijnych. Jest niezwykle żądna władzy, a mimo to nie udało jej się zapewnić Unii realnej siły zewnętrznej. Wczoraj Zielony Ład był jej rozwiązaniem wszystkich problemów; dziś jest nim odporność gospodarcza, zagraniczna i militarna UE. Składa ambitne obietnice, po których często nie ma prawie nic. Szefowa Komisji Europejskiej uosabia nawykowy brak powagi, oderwany od dzisiejszych realiów (...)”, jawohl Herr Schmid, zgadzamy się jak nigdy dotąd. Niewydolność Ursuli jest tym bardziej kompromitująca biorąc pod uwagę fakt, że reżim ajatollahów zaatakował bezpośrednio też bazy wojskowe krajów europejskich - Francji w Abu Zabi oraz Anglii na Cyprze, choć kraje te nie wzięły udziału w ataku Amerykanów. Szefowa Komisji Europejskiej w odwecie coś tam napisała na „X” o silnym i niezachwianym wsparciu dla zaatakowanych. Niestety, zabrakło zwyczajowych w takich sytuacjach malunków kredkami na asfalcie potępiających agresora, a byłaby wówczas cała Unia w pełnej swej krasie.
Niestety, Europa pod rządami liberalnej lewicy ma znacznie większy problem niż tylko jej aktualna liderka z Niemiec. Zideologizowane do szpiku kości wierchuszka unijna tudzież jej główne państwa doprowadziły do atmosfery powszechnego pacyfizmu w Europie nawet w obliczu zagrażających jej wojen. Ani w Niemczech, ani we Francji, ani w Holandii, ani we Włoszech, ani Hiszpanii, ani w Anglii wymusztrowana ideologicznie młodzież nie chce rekrutować się w kamasze, by bronić swej inkluzywnej, wielokulturowej, neutralnej płciowo ojczyzny. Niedobory w wojskach wspomnianych krajów są powszechne i na tyle dosadne, że pojawiają się najbardziej nawet ekscentryczne pomysły, by problemowi zaradzić. Amerykański magazyn „Foreign Policy” radzi, by Europa ratowała się na sposób wręcz salomonowy – jednym strzałem zabijając od razu dwóch zająców. Macie dwa główne problemy, z którymi sobie nie radzicie. Jednym jest masowa nielegalna migracja, drugim – chroniczne niedobory żołnierzy w waszych armiach. Dlaczego więc jeden „zając” miałby nie pomóc drugiemu „zającowi”. „Szansa jest w zasięgu ręki. Kraje europejskie powinny stworzyć ścieżkę do obywatelstwa dla imigrantów, chętnych do służby w ich siłach zbrojnych” - radzi „FP” i krytykuje europejskich polityków za brak wizji i odwagi. No, eureka, chciałoby się wykrzyknąć za Archimedesem z Syrakuz. Wynalazek na miarę odkrycia koła przez ludzkość z zamierzchłych czasów. Uzbroić imigrantów z krajów muzułmańskich, przeszkolić ich z wojskowości, opowiedzieć o naszych „wysokich wartościach” tęczowych i czekać na wspaniały rezultat. No genialne. Skomentuję to rymowanką: „Kto z przyrodzenia jest głupi, ten i w Paryżu rozumu nie kupi”. Balazs Orban, polityk węgierski, którego kraj akurat w temacie migracji ma bardzo zdroworozsądkowe podejście, gdy o pomyśle usłyszał, to powiedział tak: „Dwie obsesje liberalnej elity – masowa migracja i permanentna wojna – połączyły się w jeden niebezpieczny eksperyment: przekształcenie migrantów w żołnierzy, aby „wzmocnić obronę Europy”. Zamiast przyznać, że masowa migracja doprowadziła do poważnych problemów w zakresie bezpieczeństwa i integracji w całej Europie”. Tak powiedział i chyba się nie pomylił.
Warto zauważyć, że Niemcy jeszcze na długo przed radą amerykańskiego czasopisma pomysł integracji imigrantów poprzez służbę wojskową deliberowali. Jeszcze w roku 2018 po upadku ich polityki Willkommenspolitik dla „każdego, który tylko do nas dotrze” rozważali, że gdyby tak uchodźcy „dobrowolnie” bądź „przymusowo” „przepracowali tak z rok na rzecz niemieckiego społeczeństwa” w kamaszach Bundeswehry, to ich to bardziej zintegrowałoby z niemieckim społeczeństwem, które to społeczeństwo byłoby dla nich wdzięczne za ich służbę, gdyż zwalniałaby ona samych Niemców z tejże służby. A teraz wyobraźmy sobie, że pomysły elit niemieckich zostałyby zrealizowane. Dziś niemieckie wojsko składałoby się w znakomitej części z przysłowiowych Mohametów wyznania szyickiego, sunnickiego, z odpryskami salafitów czy innych tam dżihadystów. Narodowościowo też byłoby bardzo różnorodne, jak bogate w różnorodność były szlaki przemytnicze nielegalnych migrantów z Syrii, Afganistanu, Pakistanu, Algerii, Iraku czy Iranu. I mamy aktualnie konflikt na Bliskim Wschodzie, gdzie kraje pochodzenia migrantów (żołnierzy Bundeswehry) dziś ze sobą walczą. Jaka wartość takiego wojska niemieckiego byłaby, gdy mu w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego przyszło stanąć do boju po stronie Amerykanów. Co nie daj Allah, rzecz jasna. Sądzę, że zamiast walczyć z wrogiem, raczej powybijaliby się nawzajem.
To dopiero byłaby „Epicka Furia”...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
"Zideologizowane do szpiku kości wierchuszka unijna tudzież jej główne państwa doprowadziły do atmosfery powszechnego pacyfizmu w Europie nawet w obliczu zagrażających jej wojen. Ani w Niemczech, ani we Francji, ani w Holandii, ani we Włoszech, ani Hiszpanii, ani w Anglii wymusztrowana ideologicznie młodzież nie chce rekrutować się w kamasze"...
Innymi słowy mówiąc Unia jako całość i jej poszczególne państwa militarnie są słabeuszami, choć aspirują do rangi światowego mocarstwa. Coś tu się więc mocno nie zgadza.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.