Zażądała od uczniów podczas swej lekcji, by ci zdjęli krzyż ze ściany. Gdy trzynastoletni uczniowie odmówili, nauczycielka sama weszła na krzesło, zdjęła krzyż i potem wyrzuciła go do kubła na śmieci. O gorszącej sprawie stało się głośno dzięki postawie uczniów, ich rodziców oraz całej społeczności kaszubskiej z Kielna, którzy sprawy nie zbagatelizowali, nie pozwolili dyrekcji szkoły zamieść ją pod dywan. O antypedagogicznym zachowaniu nauczycielki, która popisała się wręcz rażącym brakiem kultury osobistej, zostały powiadomione władze oświatowe, przedstawiciele lokalnego samorządu, media. Przykład „mowy nienawiści” w praktycznym wykonaniu wojującej ateistki, która użyła przemocy ideologicznej wobec swych wychowanków w sposób skrajny wyrażając pogardę wobec ich wiary, wywołał powszechne oburzenie. Rodzice uczniów oraz przedstawiciele lokalnej społeczności, politycy chrześcijańscy organizowali pod szkołą akcję protestacyjną w obronie krzyża. Starosta Kielna sprawę skierował do prokuratury o obrazę uczuć religijnych, zaś abp. gdański Tadeusz Wojda jako pomorski duszpasterz zażądał pełnego wyjaśnienia sprawy, wyrażając jednocześnie uczniom swą wdzięczność za „odważną” i „odpowiedzialną” postawę w obronie krzyża.
Wyczuwając grubszą aferę, skrajnie lewicowa ministra oświaty Barbara Nowacka również po pewnym czasie poczuła się w obowiązku skrytykować antypedagogiczne zachowania nauczycielki z Kielna i nawet lekko pogroziła jej palcem publicznie obwieszczając, że wobec awanturniczki wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Gdy wieść ta dotarła do anglistki-ateistki, nastąpił cud, fenomen nadprzyrodzony, bo ta nagle uległa radykalemu nawróceniu. Pospieszyła publicznie w mediach zapewnić, że ona nigdy przenigdy za nic nie pozwoliłaby sobie obrazić czyjeś uczucia religijne. Też krzyża żadnego nigdy nie sprofanowała. Cała głośna i haniebna historia – to w istocie tylko „nieporozumienie”. Owszem, przyznała, że wyrzuciła jakiś tam krzyż ze ściany do kosza, tyle że nie był to żaden krzyż. Była to „zabawka”, którą dzieci się bawiły i nie zamierzały podporządkować się jej nakazowi, by chiński „gadżet” wyrzuciły. „Poprosiłam, by tę zabawkę zdjęli, a gdy nie posłuchali, po prostu ją wyrzuciłam”, kłamała dla „Gazety Gdańskiej” pedagożka o mentalności bolszewika. Dodała też, jeszcze raz kłamiąc, że w sali tej nigdy wcześniej krzyża nie było. W dwóch zdaniach zatem ateistka skłamała dwa razy. Rodzice świadczą bowiem, że w sali tej krzyż był, a anglistka już kilkakrotnie go stamtąd usuwała wcześniej. Najpierw szkolna katechetka wieszała go na ścianie na powrót, a za ostatnim razem uczynili to sami uczniowie. W złej sprawie ateistka otworzyła też usta, gdy opowiadała, że uczniowie bawili się krzyżem. Tutaj nawet nic i udowadniać nie trzeba. Wystarczy użyć rozumu i logiki. Jak dzieci mogły się bawić czymś, co wisi na ścianie?, chciałoby się usłyszeć odpowiedź od konfabulantki. (Dla podkreślenia swego obłudnego oburzenia nauczycielka podkreśliła, że jej wychowankowie krzyż zawiesili w miejscu nad klatką z chomikiem).
Mecenas Jacek Pachulski, obrońca antychrześcijańskiej recydywistki, konfabuluje jednak o niebo przewrotniej niż sama oskarżona. Z „myszki agresorki”, że posłużę się ksywą innej znanej w Polsce polonistki-ateistki, robi ofiarę nagonki. „Bo na kobietę wylała się cała fala hejtu w związku ze sprawą”, snuje powieść z mchu i paproci, odwracając role o 180 stopni. I potem jeszcze dorzuca w judaszowskim stylu Kuklinowskiego, że „stała się ona ofiarą gigantycznej przemocy”. A przecież biedna „ofiara” w rzeczywistości od kołyski „szanuje przedmioty czci religijnej i w życiu nie wyrzuciłaby krzyża reprezentującego wiarę”. W życiu. A że wyrzuciła, to wyrzuciła wcale nie krzyż. Bo ten krzyż, który wyrzuciła, nie może być uważany za krzyż, bo jest nie z drewna tylko z plastiku, a na dodatek jest „made in China”, co to na każdym portalu internetowym można nabyć za małe grosze. W sukurs obrońcy idzie też prasa bulwarowo-progresywna nad Wisłą. Portal gazeta.pl przekonuje, że cała sprawa to tylko „ludyzacja”, niewinna zabawa. Przecież nie każde dwie belki sklecone prostopadle mogą uchodzić za krzyż, który w tym konkretnym przypadku nie może być kultyczny, twierdzi „ekspert” portalu. Zaistniał raczej swoisty proces kulturowy w klasie z Kielna, proces nakierowany na zaspokojenie potrzeb rozrywki i dobrej zabawy, co przecież w Polsce nie jest przestępstwem. Ludyzacja, głupcze, słowem.
Tymczasem Fundacja Wolność od Religii wysuwa jeszcze inną hipotezę, a może nawet nie hipotezę tylko ciężki zarzut wobec władz i konkretnie wspomnianej już ministry oświaty. Zarzut brzmi tak, że „religijni fanatycy trzymają was pod butem”, a wy zamiast na odlew im się odwinąć, przepraszacie, tłumaczycie się, przynosząc wstyd tylko całej progresywnej, areligijnej części społeczeństwa, która na was głosuje przecież z nadzieją, grzmi wolna od religii i wstydu fundacja. A fee, ministro Nowacka, co to bezpotrzebnie skarciłaś światłą nauczycielkę, zamiast okazać jej współczucie, moralizuje wolna od rozumu fundacja.
Abstrahując od pokracznego toku myślenia kulturowych hunwejbinów, którzy z agresorki robią ofiarę, poraża jednak mimo wszystko skala produkowanych przez nich kłamstw i manipulacji. Gdy zorientowali się, że zachowanie prymitywnej pani pedagog tym razem nie ujdzie jej na sucho, bez żenady przystąpili do tego, co udaje im się najlepiej – a więc do przeinaczeń, kłamstw, konfabulacji i na końcu szantażowania władzy, by nie śmiała stanąć po stronie „fanatyków religijnych”. Na szczęście w sądzie im to tylko zaszkodzi, bo fakty same manipulatorów oskarżą. Prawnicy Ordo Iuris wnikliwie zbadali wszystkie okoliczności, przepytali świadków i idą z tym do sądu. A tam raczej historie z zabawkami, gadżetami oraz szyciem oskarżenia wobec uczniów o nieposłuszeństwo względem nauczycielki nie przejdą. Otóż relacje bezpośrednich świadków są takie, że „wrażliwa” ponoć na krucyfiks nauczycielka w rzeczywistości wielokrotnie go usuwała z klasy, aż nastoletni uczniowie w końcu postanowili postawić się swej pani, za co im należą się słowa uznania za odwagę. Nauczycielka wpadła w furię i zażądała zdjęcia krzyża. Gdy uczniowie odmówili, sama postanowiła działać. Cytuję za panią Agatą, matką jednego z uczniów: „Zdejmij ten krzyż”, zażądała anglistka od jednego z uczniów. Ten odpowiedział: „Ja tego krzyża nie zdejmę”. W tym momencie nauczycielka weszła na krzesło, zdjęła krzyż i wyrzuciła go do kosza z niegodnym nauczyciela komentarzem: „To plastikowe g... nie będzie tutaj wisieć”. Po wszystkim nauczycielka, jak świadczą rodzice, z obrzydzeniem otrzepała ręce.
Zanim sąd rozstrzygnie co do faktów, cała historia z krzyżem bardzo podjarała jego wrogów. Robert Biedroń, europoseł, nie zdzierżył, nie wytrzymał wręcz, by się nie pochwalić, że to on jest tym pionierem w Polsce od „wyprowadzania symboli religijnych” z miejsc publicznych, zanim zjawisko to „stało się modnym”. Tęczowemu Biedroniowi należy się jednak sprostowanie. Przypisuje on bowiem sobie zbyt wielką zasługę jako pionierowi walki z krzyżem, ponieważ już przed nim byli tacy, co to krzyże wyprowadzali ze szkół, urzędów czy innych miejsc publicznych. Komunistami ich zwali. Ongiś wszechwładni, dziś dość powszechnie w Polsce uznawani za tych, którym należy się miejsce na śmietniku historii. Obserwatorium ds. Nietolerancji i Dyskryminacji wobec Chrześcijan w Europie odnotowało za rok 2024 gwałtowny wzrost przestępstw wobec wyznawców Chrystusa. Oficjalnie zanotowano takowych 2211 w europejskich krajach rządzonych przez „tolerancyjną” liberalną lewicę, jako profanacje, niszczenie mienia, podpalanie kościołów, aż na końcu brutalne ataki i zabójstwa duchownych...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.