Baner oczywiście nawiązywał do rzezi, jakiej ukraińscy nacjonaliści z organizacji OUN-UPA dokonali na Polakach na Wołyniu w czasie II wojny światowej. Władze Ukrainy jednak próbują sprawę relatywizować albo wręcz zakłamywać. Kuriozalne, że również w Krakowie, a więc na terenie Rzeczpospolitej, szef ochrony Szachtara próbował ocenzurować baner. Zabronił na początku wniesienia go na stadion. Szachtar grał w Krakowie na prawach gospodarza meczu z racji niemożliwości rozegrania go w Doniecku. Ostatecznie musiał ustąpić dopiero po interwencji działaczy piłkarskich z Krakowa, co skutkowało, że baner pojawił się w II połowie meczu. Dziennikarz sportowy Roman Kołtoń skomentował incydent dosadnie: „Ukraińcy mogą być nacjonalistami, a my – u siebie – nie możemy być patriotami, pamiętając o ofiarach na Wołyniu?”! No właśnie. Czy aby jednak Ukraińcy nie za wiele sobie pozwalają. U siebie czczą Banderę i Szuchewycza, choć mają oni naprawdę wielką krew na rękach, zaś w Polsce próbują nie dopuścić czczenia pamięci ofiar ich ludobójstwa. Marszałek Piłsudski w tej materii przestrzegał, że „naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”. Stadionowi kibice tę prawdę lepiej pojęli czasami od wielu polskich polityków, którzy relacje i przyszłość z sąsiadami wolą budować na nieprawdzie, byle unikać zadrażnień i mieć święty spokój.
Jedni Ukraińcy, korzystający z polskiej gościnności, nie chcą widzieć na stadionie baneru przypominającego im o ciężkiej winie ich przodków, inni zaś eksponują na innym polskim stadionie flagę banderowską – jako symbol barbarzyńskiej zbrodni na Polakach z Wołynia. Rzecz miała się na Stadionie Narodowym w Warszawie podczas odbywającego się tam niedawno koncertu białoruskiego rapera. Grupa Ukraińców w pewnym momencie wdarła się na taflę stadionu i prowokacyjnie jeden z nich zaczął machać banderowską flagą. Nie mogło to nie wywołać oburzenia nad Wisłą, gdzie ideologia banderowska słusznie jest uważana za zbrodniczą. Prezydent elekt Karol Nawrocki, reagując na prowokację, zapowiedział złożenie projektu ustawy do laski marszałkowskiej, która by penalizowała propagowanie ideologii banderyzmu na terenie Rzeczpospolitej. Słowa dotrzymał. Odpowiedni projekt ustawy został skierowany do Sejmu, gdzie będzie procedowany. Ale już sama inicjatywa legislacyjna prezydenta RP została na Ukrainie odebrana źle. Pomruk niezadowolenia wydali nad Dnieprem i Zbruczą tamtejsi historycy, którzy wystosowali nawet list otwarty w tej sprawie. Po „przyjacielsku” ostrzegli w nim prezydenta i braci Lachów, że w razie uchwalenia antybanderowskiej ustawy, oni zastosują kroki odwetowe. Przyjmą ustawę, która uderzy w Armię Krajową i Bataliony Chłopskie, bo w ich logice, są to też zbrodnicze organizacje. Albo przynajmniej za takowe zostaną uznane na Ukrainie odwetowo na działania antybanderowskie Polski. Oczywiście w piśmie ukraińscy uczeni też zapewniają o swej przyjaźni z narodem polskim i chęci budowania z nim przyjaznych relacji (co ważne w obliczu agresji ze strony Rosji), tyle że de facto chcą budować je na fundamentach zakłamania. A to nie może być trwała budowla. Zbrodnie banderowców były bowiem tak oczywiste, tak okrutne, tak masowe i precyzyjnie zaplanowane, że przeczyć im mogą chyba że ...historycy ukraińskiego IPN-u. Mam tutaj chociażby na myśli Ołeksandra Zinczenkę, który w swej bezbrzeżnej bezczelności napisał w odwecie na inicjatywę legislacyjną prezydenta Nawrockiego, że on to by „prawnie zakazałby propagandy idiotyzmu jako dominującej ideologii dzisiejszej Polski”. Niepełnosprytny, gdy idzie o poziom inteligencji, były pracownik ukraińskiego IPN-u wyraził swe pełne i generalne poparcie dla swych kolegów po fachu z Ukrainy, drwiąc przy okazji z „polskich polityków” (bez których solidarnej postawy Ukraina padłaby już w pierwszych tygodniach wojny, zauważmy). Kontynuował bowiem swe wynurzenia o idiotyzmach „polskich polityków” w następujących słowach: „Cóż, nazywanie reakcji historyków na idiotyzmy polskich polityków aktami zemsty jest trochę żenujące, nieprawdaż?”.
Jak żenujący jest sam Zinczenko, może mu powiedzieć jego własne lustro, gdyby w nie spojrzał. Nie od dzisiaj wiemy jednak, że skrajne ideologie odbierają rozum. Więc pewnie od banderowców nawet nie powinniśmy oczekiwać innych reakcji. Żenujące jest jednak to, że również w Polsce są środowiska, które suflują narrację sprzeczną z prawdą historyczną i po prostu antypolską. Wolą powielać argumenty z polityki historycznej państw ościennych, niż przyznać rację obozowi patriotycznemu z własnego kraju. Gazeta Wyborcza i w przypadku baneru o pamięci rzezi wołyńskiej nie mogła się powstrzymać od złośliwości i uszczypliwości wobec kibiców Legii. Nie potrafią zachować się fair play, syknęła ze złością na patriotyczną akcję. Nie pierwszy zresztą raz. Tak zwana żyleta na stadionie przy Łazienkowskiej słynie bowiem z tego, że upamiętnia patriotyczne i tragiczne dla Polski wydarzenia historyczne. Gdy jakiś czas temu Legia grała z jedną z niemieckich drużyn, warszawscy kibice zadbali o duży wymowny baner, przedstawiający niemieckiego nazistę w mundurze, który przykładał lufę pistoletu do skroni młodocianego powstańca warszawskiego. Sprawa niemieckich reparacji za zbrodnie popełnione na warszawiakach chociażby wtedy niejako sama nasuwała się na myśl. Liberalna warszawka jednak, delikatnie mówiąc, była zniesmaczona. Po co do sportu mieszać politykę?, pytała. Odpowiedź mogłaby brzmieć: gdy prawda milczy, stadiony zaczynają mówić. Gdy „moralne mocarstwo”, za jakie uważają się Niemcy, samo siebie rozgrzeszyło z wcale jeszcze nie tak dawnych potwornych zbrodni ich ojców i dziadów, to muszą się liczyć Niemcy z nieprzyjemnymi dla ich wzroku widokami na polskich stadionach.
Patrząc generalnie na sprawę, patriotyczne akcje na stadionach przez lewicowo-liberalne środowiska są odbierane z rozdrażnieniem. Co innego, gdy akcje na stadionach świata przeprowadza skrajna lewica. Wówczas jest to zjawisko piękne, godne wszelkich pochwał i zachwytów, gdyby nawet w rzeczywistości byłoby obciachem, głupotą i zwykłą hucpą. Mam tutaj na myśli chociażby głośną akcję BLM, skrajnie lewackiej organizacji, która wymyśliła, że na wszystkich stadionach świata przed każdym meczem piłkarze mają uklęknąć na jedno kolano. Czym mają wyrazić swój czynny żal i pokajać się symbolicznie za wszelkie zbrodnie, jakie w historii ludzkości biała rasa wyrządziła rasie czarnej. Katalizatorem do takiego odlotowego pomysłu stała się nieszczęśliwa interwencja, zbyt brutalna (po której zatrzymany zmarł), amerykańskich policjantów wobec obywatela USA karnacji ciemnej, recydywisty narkotykowego, który będąc pod wpływem środków odurzających miał nie reagować na polecenia stróżów porządku. Ci po wybuchu masowych protestów w USA (palenie, niszczenie, burzenie, demolowanie wszystkiego w dużych miastach) zostali szybko i przykładnie ukarani. Ale i tak organizacja BLM nie była usatysfakcjonowana. Dochodziło na początek do samosądów na ulicach, gdy czarni bandyci zmuszali przypadkowych białych przechodniów klękać przed nimi i uniżenie przepraszać. Potem właśnie akcję usankcjonowano niejako i przeniesiono na stadiony, gdzie już piłkarze mieli klękać. Lewicowo-liberalne elity piały z zachwytu.
Dziś kwękają, syczą i pomstują, bo nie ich bohaterowie są czczeni...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Ukraińcy zamordowali według różnych szacunków od 100 do nawet 200 tysięcy Polaków i doprowadzili do ucieczki setek tysięcy.
Symboliczną datą hekatomby Polaków z rąk ukraińskich nacjonalistów jest dzień 11 lipca 1943 roku, w którym Polacy byli mordowani w około stu miejscowościach.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.