Dzisiaj sielanka z europejskiego mundialu znikła bezpowrotnie. Jest historią. Popularność labourzystowskiego premiera wśród kibiców Albionu zmarniała gwałtownie. Media na wyspach piszą, że Starmer jest lżony przez kibiców jak żaden inny angielski premier dotąd. Nawet Margaret Thatcher nie była tak wyzywana przez fanów piłki nożnej po tragedii na stadionie Heysel (zawaliła się wówczas trybuna na stadionie wskutek naporu pseudokibiców, co skutkowało śmiercią albo kalectwem dziesiątek ludzi). Wtedy „Żelazna Dama” wypowiedziała wojnę kibolom i z żelazną konsekwencją doprowadziła do ucywilizowania angielskich fanów piłki nożnej. Dziś „The Telegraph” pisze, że nawet Thatcher nie była obrażana w tak ordynarny sposób jak właśnie Starmer. Pytanie: Why? Dlaczego? Dlaczego w miarę apolityczni angielscy kibice tak znienawidzili labourzystów i ich premiera? Zaczęli wręcz demonstracyjnie okazywać polityczną sympatię dla uważanego do niedawna na wyspach za politycznego autsajdera Nigela Farage? Odpowiedzi trzeba szukać w wielu aspektach, ale głównym z nich jest skrajna nieudolność Starmera. Gwałtownie stracił zaufanie u wyborców, bo nie tylko że nie wywiązuje się z obietnic wyborczych, to jeszcze w pewnych zagadnieniach prowadzi politykę dokładnie odwrotną od zapowiadanej. – Obawiam się Greków, nawet jeżeli niosą dary, pisał ongiś rzymski poeta Wergiliusz. Dziś Brytyjczycy obawiają się polityki własnego premiera, tak jest niewiarygodna, chaotyczna, niebezpieczna dla kraju. Dość powiedzieć, że w krótkim czasie zdołał on sięgnąć po absolutny antyrekord, gdy idzie o popularność. Zaledwie 20 proc. popiera labourzystę z przydomkiem „angielski Justin Trudeau”.
Niewiarygodność premiera Starmera szczególnie obnażyła się w temacie nielegalnych migrantów, z którymi obiecał walczyć. Anglicy właśnie dlatego głosowali za Brexitem, bo mieli dość dyktatu Brukseli w tej sprawie. Teraz, gdy są wolni od tego dyktatu, to londyńscy politycy ponoszą pełną odpowiedzialność za każdą łódkę po brzegi wypełnioną migrantami, która przez kanał La Manche przypływa na wyspy. Wszyscy angielscy politycy ze świecznika przed wyborami obiecywali, że łódek nie będzie. Niestety, Starmer nie tylko że nie dotrzymał słowa, bo łódek za jego rządów nie ubywa, tylko przybywa, ale jeszcze jako wytrawny lewicowy zamordysta wprowadził cenzurę w komentowaniu problemu. Dlatego to m. in. kibice reprezentacji Anglii podczas meczu z Serbią w Belgradzie skandowali: „stop the boats, stop the boats”. Zatrzymać łódki, zatrzymać łódki, wykrzykiwali, a potem jeszcze dośpiewywali – „wszyscy głosujemy na Nigela Farage”. Ojciec chrzestny angielskiego Brexitu jest szczególnie znienawidzony przez liberalno-lewicowe elity, które polityka odżegnują od czci i wiary za to, co zrobił Anglii. Nie widzą problemu w niereformowalnej w zasadzie Brukseli, tylko w poczynaniach rzekomej „skrajnej prawicy”, do jakiej zaliczany jest Farage.
Ale kłopotem jest nie tylko od nowa zwiększająca się liczba łódek, tylko też to, jak rząd Starmera traktuje problemy generowane przez nielegalnych migrantów. W Anglii zawrzało, gdy kilka miesięcy temu nielegalny uchodźca (zakwaterowany w luksusowym hotelu na koszt państwa) dokonał napaści seksualnej na 14-letnią Angielkę. W kraju wybuchły masowe protesty, antyemigracyjne nastroje buchnęły jak płomień podsycony suszem. Rząd gasił je pałą i gazem pieprzowym. Przy tym nieporównywalnie brutalniej obchodził się z białoskórymi Anglikami, niż wobec grup śniadych mieszkańców wyznania Mahometowego, jacy odwetowo demonstrowali przeciwko Brytyjczykom. Tamtych brutalnie pacyfikował, tych raczej chronił. W końcu rdzenni mieszkańcy Wielkiej Brytanii zmienili taktykę i w ramach protestu rozpoczęli akcję masowego wywieszania flag narodowych w miastach i miasteczkach, gdzie tylko się da. Ale i tutaj nastąpiła rzecz niebywała. W wielu miejscowościach, gdzie władzę lokalną już pełnią muzułmanie, pojawili się porządkowi, którzy długimi drągami zdzierali angielskie flagi na ziemię, depcząc je przy okazji. Anglicy poczuli się obco we własnym kraju, znieważeni i bezsilni w wielu przypadkach. Media, wytresowane w politycznej poprawności, nie mogły tym razem przemilczeć tematu. Dla wielu beztroskich tubylców oczy szeroko otwarły się z przerażenia.
Wielu wcześniej nie było świadomych skali zagrożenia. Polityka kneblowania mediów, poprawności politycznej, cancel culture, drakońskich kar za tzw. „mowę nienawiści”, dała swój rezultat. Zamordystyczny arsenał lewicy zdyscyplinował społeczeństwo skutecznie. W tej sytuacji ostatnim miejscem w przestrzeni publicznej naznaczonym wolnością słowa stały się stadiony piłkarskie, gdzie kibice – czując co się święci w ich kraju – zaczynają radykalizować się i politycznie sprzyjać prawicy. Dotychczas tego raczej nie było. Jak zauważa politolog z portalu The Athletic Philip Buckingham, fani piłki nożnej mieli raczej wrażliwość lewicową.
Tymczasem na problem należy spojrzeć retrospektywnie. Globalna lewica przejęła władzę w każdej niemal sferze życia publicznego, poczynając od mediów, uniwersytetów, szkół i na kulturze oraz międzynarodowych korporacjach kończąc. Wykorzystując swą przewagę tłamsi wolność słowa, konserwatywną opozycję i samą demokrację a priori. W Stanach Zjednoczonych to się zaczęło, tam też aktualnie odbywa się decydująca walka. Walka o demokrację i naszą cywilizację, którą toczy administracja Donalda Trumpa ze skrajnie lewicowymi środowiskami kurowanymi przez demokratów. Trump spełniając swe przedwyborcze obietnice wypowiedział wojnę nielegalnej migracji, przemytowi narkotyków, którymi Stany są zalewane przez kartele narkotykowe z Ameryki Łacińskiej. Po stronie przemytników ludzi i narkotyków de facto stanęli burmistrzowie dużych miast, gdzie niepodzielną władzę sprawują demokraci. Nie życzą sobie porządku na ulicach wprowadzanego przez władze centralne perorując, że walczą w ten sposób o prawa człowieka. Trump zaś łamie Konstytucję wysyłając Gwardię Narodową do ich miast, ostrzegają „praworządnie”.
Masowe antytrumpowskie protesty są opłacane hojnie z fundacji zasilanych przez często bardzo kontrowersyjnych miliarderów pokroju giełdowego spekulanta Georga Sorosa. Są poważne poszlaki, że to właśnie fundacje sorosowskie m. in. finansują skrajnie lewacką Antifę, co w dzisiejszej rzeczywistości oznaczałoby, że giełdowy spekulant finansuje terroryzm. Antifa bowiem została uznana w USA za organizację terrorystyczną po serii zabójstw, jakich dokonali w ostatnim czasie jej zwolennicy. Finansowanie terrorystów jest poważnym przestępstwem, więc Soros i jego syn Alex mają czego się bać zwłaszcza, że prezydent oskarżył ich o bezkarne wspieranie „gwałtownych protestów i wielu innych rzeczy”. „Nie pozwolimy, by ci wariaci dalej rozdzierali Amerykę, nie damy im nawet szansy, by odetchnęli i byli wolni”, pogroził w sieci promotorom tzw. „społeczeństwa otwartego”. Potem jeszcze bardziej pogroził, gdyż „Sorosa i jego grupę” nazwał „psychopatami, którzy wyrządzili wielką szkodę naszemu krajowi”, dlatego muszą uważać, bo „są obserwowani”.
W Anglii tymczasem kneblowanie społeczeństwa przynosi zgniłe owoce dla samych kneblujących, bo przyczynia się do gwałtownego wzrostu popularności Partii Reform Nigela Farage. Nie dający się zastraszyć angielscy kibice walnie się do tego przyczyniają...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Ktoś zna definicję tzw. "mowy nienawiści"? Dla mnie jest to fraza "mowa nienawiści". Kto wypowiada ten zwrot - głosi nienawiść do innych. Ma być zabroniony, jak swastyka nazistowska, czy sierp skrzyżowany z młotem.
Takie oto są skutki niemądrej polityki tzw. multi-kulti.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.