Świat lewicowo-liberalny, Trumpowi życzący jak najgorzej zawsze i we wszystkim, jeszcze przed szczytem miał pełne usta słów oburzenia z powodu samego spotkania na amerykańskiej ziemi z wojennym przestępcą, ale zarazem miał też jeszcze pełniejszy zasób oczekiwań od tego spotkania. Oczekiwał mianowicie, że Trump z pozycji siły wymusi na Putinie sprawiedliwy pokój, każe mu wycofać swe wojska z zagarniętych ukraińskich ziem, no i generalnie Trump ma „wygrać tę wojnę” z Putinem, jak to ujęła w okolicznościowym artykule amerykańska dziennikarka lewicowo-liberalnych sfer Anne Aplebaum.
Jeszcze Putin nie wylądował na Alasce, a media głównego nurtu w Europie i świecie grzmiały na temat czerwonego dywanu, jaki był przygotowany dyktatorowi na lotnisku przez gospodarzy. Przyłączam się do grzmienia w sensie moralnym i estetycznym, ale zarazem przypominam, że takie są wymogi protokołu dyplomatycznego przy organizacji oficjalnych spotkań głów państw. Łamanie etykiety dyplomatycznej, ekscesy i prowokacje na sam początek szczytu, to prosta droga do jego zerwania, zanim się zaczął. I wydaje się, że o to chodziło lewicowo-liberalnej elicie, której emanacją za oceanem jest właśnie wspomniana już Aplebaum. Skandalizująca dziennikarka i tym razem nie gryzła się w język pisząc, że „dla Amerykanów zawstydzające było to, iż musieli przyjąć na swoim terytorium znanego zbrodniarza wojennego. To było upokarzające patrzeć, jak amerykański prezydent zachowywał się jak radosny szczeniak podczas spotkania z dyktatorem znacznie biedniejszego i mniej ważnego państwa, traktując go jak przełożonego”. Po sprawnym opróżnieniu głowy z jakże charakterystycznych dla niej słów żurnalistka jeszcze pouczyła swego prezydenta, że powinien był zamiast spotkania na Alasce „uzbroić Ukrainę, rozszerzyć sankcje, powstrzymać śmiercionośne roje dronów, złamać rosyjską gospodarkę”, no i na sam koniec – rzecz jasna – „wygrać wojnę”. Lista życzeń słuszna i imponująca, tylko przyklasnąć. Zabrakło jedynie realistycznego planu, jak to uczynić.
Dziś po ponad trzech latach wojny jesteśmy, niestety, w miejscu, które kiedyś Niemcy określali słowem Realpolitik. Czyli twarda polityka, oparta na faktach dokonanych i sile. Czas na powstrzymywanie Putina środkami polityczno-ekonomicznymi był kiedyś, ale już minął. Wtedy jednak lewicowo-liberalny obóz na czele z Berlinem Putina entuzjastycznie wspierał, wbrew przestrogom „prawicowych populistów” z Polski. Palił się wręcz do interesów z Rosją „taką, jaka ona jest”, pompując miliardy w kremlowskie nordstreamy, kichając na obawy Bałtów, Polski i Ukrainy. Dla mnie symbolem tamtych czasów na zawsze pozostanie scenka z obrad posiedzenia ogólnego ONZ w Nowym Jorku. Z trybuny do zebranych na sali przemawiał prezydent Trump (jeszcze za pierwszej swej kadencji), domagając się od niemieckiej delegacji nietuczenia Putina miliardami euro za gaspromowski gaz. Finansujecie potencjał militarny Putina, przed którym chcecie, abym was bronił za swój koszt, rzucał prosto w twarz zakłamanym Germanom. Ci zaś nawet nie próbowali kontrolować wyrazu swych twarzy, tylko bezczelnymi uśmieszkami pogardy odpowiadali na jakże trafne słowa mówcy. Dziś ci sami są hipermoralni. Domagają się od Trumpa, by był jako prezydent USA nadal liderem wolnego świata i zaprowadzał sprawiedliwy pokój, wygrywał wojny i „jednym pierdnięciem” zabijał swych wrogów, jak mówił prześmiewczo główny bohater filmu „Odważne serce” William Wallace.
Po wycieczce historycznej, wracając do realiów dzisiejszej Europy, która na własne życzenie wpakowała siebie w ogromne tarapaty i czuje się słusznie zagrożoną ze strony imperialnych poczynań Rosji, zgadzam się z opinią, że w przypadku Ukrainy nie może być drugiej Jałty. Nie może być porozumienia w sprawie losów Ukrainy bez udziału Ukraińców. Jak na razie jednak nie sprawdzają się czarne scenariusze pisane przez „zatroskanych” byłych przyjaciół Putina, że Trump na Alasce „będzie negocjować warunki kapitulacji Ukrainy”. Potem po szczycie już ci sami zaczęli wieszczyć, że Putin omotał Trumpa wokół palca jako sprytny kagebista, choć nie mieli zielonego pojęcia, jakie uzgodnienia zapadły. Trump zresztą wcale nie w duchu Jałty natychmiast o wynikach rozmów z Putinem telefonicznie poinformował prezydenta Zełeńskiego oraz europejskich partnerów. Gdy piszę ten komentarz właśnie trwają działania następcze, czyli wizyta Zełeńskiego w Waszyngtonie, podczas której ukraiński prezydent ma się odnieść do alaskich uzgodnień (w obecności europejskich liderów z tzw. „koalicji chętnych”).
Na dzisiaj jest wiadomo, że wbrew czarnemu piarowi liberalnej lewicy jest przynajmniej jedno korzystne dla Ukrainy porozumienie, dotyczące gwarancji bezpieczeństwa dla tego państwa po zakończeniu konfliktu wojennego. Putin miał się zgodzić na obecność wojsk natowskich na terytorium Ukrainy, gdzie będą one pilnowały pokoju na modłę artykułu 5 NATO. Czyli solidarnej odpowiedzi wszystkich państw NATO w razie ataku Rosji, choć Ukraina formalnie do Sojuszu przyjęta nie będzie.
Problemem pozostaje kwestia terytoriów, których Putin bezczelnie domaga się od Ukrainy. Nawet ziem pozostających pod kontrolą armii ukraińskiej. Chodzi o resztę Donbasu (ok. 30 proc. nadal kontroluje Ukraina) łącznie z miastami twierdzami, jakimi są Słowiańsk i Kramatorsk. Oddanie tych miast bez boju jest potencjalnie groźne dla Samostijnej, ponieważ są to już ostatnie dobrze ufortyfikowane miasta. Dalej jest step, który bardzo trudno bronić, i potencjalna droga na Kijów. Jeżeli Ukraińcom uda się te miasta przekształcić w drugi Mariupol, to wojska Putina mogą sobie połamać na nich zęby. Na razie trwają intensywne walki na tym właśnie kierunku frontu, a rozmowy w Waszyngtonie (oprócz Trumpa i Zełeńskiego biorą w nich też udział przywódcy europejscy z tzw. „grupy chętnych”) odbywają się w rytmie kanonady rosyjskich dział i haubic. Jest to niewątpliwe taktyką Kremla, by zmiękczyć Kijów w nadchodzących już niedługo rozmowach bezpośrednich Putina z Zełeńskim przy mediacji Trumpa. Na tym też to spotkaniu Zełeński i Putin mają bezpośrednio uzgodnić kwestie terytorialne. Czy „życzliwi” mówiący o Jałcie i „negocjacjach warunków kapitulacji dla Ukrainy” w tym miejscu pozjadają swe własne języki? Jasne, że nie. Będą raczej udawać, że nigdy tych słów nie wypowiedzieli.
Prezydent Trump niewątpliwie jest oryginałem, mocno zadufanym w sobie. Oglądając na żywo spotkanie na Kapitolu nie mogłem powstrzymać się czasami od śmiechu (mimo całej powagi sytuacji) przy scenkach, gdy amerykański przywódca po raz enty podkreślał, że już „zakończył sześć wojen”, a potem dodał, że „być może po wyjściu z tej sali ktoś rozpocznie nową wojnę, którą on będzie musiał zakończyć”. Prezydent Trump, gdyby był takim, jakim malują go liberalno-lewicowe media, to raczej dążyłby do przedłużania wojny, a nie do jej szybkiego zakończenia. Bo z punktu widzenia interesów Ameryki - wojna na danym etapie dla Amerykanów jest czystym zyskiem. W odróżnieniu od prezydenta Bidena Trump wymógł na Europejczykach, by to oni płacili za dostarczaną Ukrainie amerykańską broń. A więc USA zarabia miliardy. Rosja, jeden z głównych konkurentów, wykrwawia się, traci potencjał ludzki, militarny i gospodarczy. A więc są to strategiczne punkty dodatnie dla Ameryki. Mimo to prezydent Trump prze do szybkiego zakończenia wojny, akcentując chęć zapobieżenia śmierci tysięcy istot ludzkich. Przy tym wszystkim niektórzy europejscy liderzy, niedawni przyjaciele i utrzymankowie Putina, muszą się czuć jak bohaterowie filmu „Lot nad kukułczym gniazdem” – słabujący na umyśle zagubieni „napoleonowie”, którzy pomylili się we wszystkich swych strategiach...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.