Von der Leyen będzie leczyć zatem pogrążoną w licznych kryzysach Europę lekarstwem, od którego ginie ona właśnie na naszych oczach. Czyli metodą: „jeszcze więcej tego samego”. Zachowała swój fotel dzięki solidarnej postawie partii, które od dekad rządzą niepodzielnie Europą, czyli Europejskiej Partii Ludowej (EPL) oraz socjalistów plus ich mniejsze przystawki (zieloni, skrajna lewica). Efekty ich rządów są widoczne – to nieudolność, oderwanie od rzeczywistości, korupcja, ideologiczne szajby, pogłębiające się ubożenie ludności w różnych państwach. „Praworządność” na takim poziomie, że, jak to ujął trafnie kiedyś jeden z europarlamentarzystów, przypominającym schyłkowe stadium Breżniewa w ZSRR.
Wniosek o odwołanie szefowej KE złożyli europarlamentarzyści z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, który został poparty też przez innych polityków z frakcji prawicowych. Czara goryczy przelała się po tym, gdy KE bezwstydnie ingerowała w wybory prezydenckie w Rumunii, walnie przyczyniając się do anulowania wyników z pierwszej tury. Innym powodem była też historia podpisania przez szefową KE umowy z amerykańskim koncernem farmakologicznym Pfizer na zakup szczepionek przeciwko Covid-19. Umowę opiewającą na 9 mld euro von der Leyen podpisała arbitralnie drogą zdalną z szefem Pfizera Albertem Bourla. Negocjacje miały odbywać się drogą sms-ową i poprzez inne nośniki elektroniczne. Cała treść tej korespondencji von der Leyen skrzętnie zachowuje dla siebie, mimo że pieniądze przez nią wydane były publiczne, pochodzące z podatków Europejczyków. Gdy amerykańscy dziennikarze z New Jork Times zaczęli domagać się udostępnienia korespondencji, przedstawiciele KE na początku ubolewali, że nie mogą tego uczynić, bo ona jakoś tam samozatarła się. A wiadomo, że skoro coś znikło, to każdy rozumny i na poziomie powinien rozumieć, że tego ujawnić nie da się. Niestety, żurnaliści okazali się być profesjonalistami i nie dali się zbyć fejkowymi wymysłami eurokratów. W końcu sprawa trafiła do sądu (TSUE), który najnieoczekiwaniej na świecie orzekł, że von der Leyen musi ujawnić korespondencję umowy, która dotyczyła przecież ważnego interesu publicznego. Ale Niemka jest „praworządna” tylko gdy chodzi o kraje, które źle wybrały w wyborach. Wtedy spadają na nie wszelkie retorsje i finansowe szantaże Unii. Gdy praworządność dotknęła samej szefowej KE, to jest to już zupełnie inna piosnka. Niemka nie zamierza wykonywać decyzji sądu. Dlaczego? Nie, bo nie. Czego tak obawia się ujawnić, można by zapytać? Może tego, że szczepionek nabyła w takiej obfitości, aż nie było potem ich gdzie zużyć. Media zajmujące się sprawą piszą, że 4 mld euro poszło na przemiał na nikomu niepotrzebne szczepionki. A może dodatkowo się boi jeszcze faktu, że w Pfizerze na eksponowanym dyrektorskim stanowisku jest zatrudniony małżonek Niemki. Gdyby na Litwie któryś z premierów postradał całkowicie zmysły i podpisał wielomilionową umowę (z pieniędzy publicznych) z firmą zatrudniającą jego małżonkę, to Komisja Etyki Służbowej (VTEK) kazałaby mu w podskokach opuścić urząd, gdyż „śiurkśćiai pażeide vieśuju ir privaćiuju interesu derinimo istatima”. Ale to Litwa, a tutaj Bruksela i na dodatek Niemka u steru. Przypomnijmy, że w Germanii było tak swego czasu, że kanclerz Gerhard Schroder najpierw podpisał miliardowy kontrakt z Gazpromem, by potem po odejściu z urzędu zostać utrzymankiem rosyjskiego giganta gazowego w randze dyrektora z pensją 100 tys. oiro miesięcznie. Takie mają standardy Niemcy.
Sama von der Leyen też ma długi szelf, gdy chodzi o jej własną „praworządność”, który ciągnie się za polityczką jeszcze z czasów, gdy była ministrem obrony w rządzie Angeli Merkel. Zasłynęła wtedy z wyjątkowej nieudolności, reformy takie wówczas przeprowadziła w Bundewehrze, że - gdyby w razie co - to połowa Leopardów i innej techniki wojskowej nawet nie wyjechałaby z garażów, bo była niesprawna. Sama minister była na tyle „niesprawna”, że musiała w niesławie opuścić resort pogrążony w chaosie i korupcji. Merkel jednak uznała, że jej protegowana w sam raz nadaje się na najwyższe stanowisko w Unii Europejskiej, czyli na szefową Komisji Europejskiej.
Podczas debaty w PE szefowej KE zarzucono butę i arogancję, całkowite oderwanie od potrzeb i problemów zwykłych ludzi, o czym mówił m. in. Waldemar Tomaszewski. Europosłowie ECR akcentowali winę i odpowiedzialność obecnej szefowej KE (jest to jej druga kadencja) za obecny stan Europy. Rządzi w oderwaniu od wartości, na których zbudowano wspólną Europę. Pod rządami von der Leyen, Komisja Europejska stała się instrumentem interesów radykalnych organizacji pozarządowych i zakładnikiem błędnej ideologii ekologizmu jak i polityki migracyjnej, twierdzi Jadwiga Wiśniewska. A jej kolega z ław partyjnych Tobiasz Bocheński dorzuca przytomnie, że dziś „Europa potrzebuje liderów, którzy służą obywatelom - nie narzucają im kosztownych eksperymentów zza brukselskiego biurka - Zielony Ład, umowa z Mercosur, pakt migracyjny. To odpowiedzialność Ursuli von der Leyen!
Nie zabrakło też odniesienia do prób Niemki rozwiązywania problemów jej kraju kosztem sąsiadów. Jadwiga Wiśniewska: „Dziś odpowiedzialność za niemieckie błędy przerzuca się na barki wszystkich państw członkowskich poprzez Pakt Migracyjny. Efekty widać już na polskiej granicy z Niemcami. A Von der Leyen? Zero refleksji!”.
Ale murem za swoją pupilką stanęła frakcja tzw. chadeków (chrześcijan bezobjawowych, którym z wiary zostało tyle, że potrafią jeszcze się przeżegnać) czyli Europejska Partia Ludowa. Brakowało im argumentów merytorycznych dla obrony, dlatego używali najczęściej argumentu ad putinum. A więc wszyscy, którzy zarzucali von der Leyen w sposób merytoryczny błędy i nadużycia, są w ich oczach „apologetami Putina”. Manfred Weber, Niemiec stojący na czele EPL, szczególnie szastał tym argumentem na prawo i lewo, z czego mu wyszło, że nawet Prawo i Sprawiedliwość „dołączyło do formacji putinowskich”. Bezczelność Niemca sięga szczytu Dżomolungmy, biorąc pod uwagę, że to jego niedawna szefowa Merkel robiła deale z Putinem, a PiS właśnie próbował ją na wszelkie sposoby od tego odwieść. Niestety bezskutecznie. Dziś relatywizm wyznawców liberalnej demokracji jest na takim poziomie, że gdy ktoś powie, iż choinka jest zielona, a Putin będzie tego samego zdania, to automatycznie ten ktoś zostanie uznany przez Webera i tuzina mu podobnych europejskich polityków z plasteliny za putinowców.
Sama von der Leyen zresztą miała do swej obrony tylko jeden argument. Zgadnijcie Państwo jaki? Tak, tak ten sam. Kto jej majestat atakuje - ten robi dobrze dla Putina, bo dzieli i antagonizuje Europę, przekonywała. Mega populizm powiedzieć, to nic nie powiedzieć.
Von der Leyen została na piedestale w Europie, gdzie dalej radośnie będzie patronowała wszelkim procesom gnilnym rozkładającym Stary Kontynent jak ciało wisielca rozkłada czas.
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
"Arogancja i brak myślenia o prostych ludziach jest porażający u Ursuli von der Leyen. Komisja i jej szefowa powinni służyć zwykłym ludziom, a jest zupełnie odwrotnie." A najwięcej popieram te słowa:
"Polityka musi być dla ludzi, a nie przeciwko nim"!!!
Dla dobra Europejczyków, prędzej czy później ta Komisja do dymisji!
Chcemy Europy ojczyzn a nie eurokołchozu!
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.