Burmistrz Budapesztu liberalny Gergely Karacsony w duchu wszystkich „szczerych demokratów” ogłosił, że Parada Równości będzie pod jego auspicjami, więc policja nie może jej zabronić. Innymi słowy zapowiedział tym samym, że Budapeszt, stolica kraju, jest placówką eksterytorialną na mapie Węgier, gdzie węgierskie prawo nie obowiązuje. Postąpił więc wielce „praworządnie”, jak to w „naszej Unii” przyjęto w takich sytuacjach. I oczywiście bardzo zignorował wszelkie ostarzeżenia premiera Orbana, by ani on, ani 30 ambasad akredytowanych w Budapeszcie nie łamali prawa. Europoseł Śmiszek, były wiceminister sprawiedliwości (sic!) Polski, zrobił to, mówiąc nawiasem, szczególnie demonstracyjnie. Na nielegalną paradę przybył, udokumentował to zdjęciem na „fejsie” z tęczową flagą, którą podpisał wyzywająco: „Parada idzie dalej”.
Rzeczywiście szła. Demonstracyjnie, z premedytacją obrażając węgierski naród i jego parlament. Była szczególnie liczna ponoć. Międzynarodowa finansjera oraz engeosy zasilane przez unijne, norweskie, soroszowskie i podobne im fundusze – widać – hojnie sypnęły kasą. Sami organizatorzy przechwalali się, że było ludu aż z 30 krajów. Stawiło się ponadto 70 europosłów, wysokich rangą polityków typu wicepremier Hiszpanii Yolanday Diaz. Czyli - jak widać - europejski establishment wydarzeniu nadał najwyższą z możliwych rang politycznych. Hiszpańskie MSZ na tą okoliczność nawet wyprodukowało specjalne oświadczenie, w którym oświadczyło majestatycznie, że, cytuję: „Hiszpania jest w pełni zaangażowana w prawa osób lgbtq+ i ochronę praw człowieka. Będzie nadal pracować nad europejskimi wartościami wolności i tolerancji”. Będzie, będzie, nawet w to nie wątpimy. Pod warunkiem wszelako, że Hiszpanie wpierw nie pogonią hiszpańskiego rządu, gdzie pieprz rośnie. Komunistyczno-lewacki rząd Sancheza właśnie po raz kolejny musi odpierać zarzuty wściekłych obywateli (które demonstrują na ulicach w setkach tysięcy) z powodu korupcji, malwersacji i nepotyzmu towarzyszy ministrów. Sytuacja jest rozwojowa, możliwy jest zatem scenariusz, że co poniektórzy towarzysze ministrowie „będą pracować nad europejskimi wartościami” z cel więziennych.
Tymczasem wpływowy lewicowy hiszpański dziennik „El Pais”, szczując na Orbana z powodu zakazu parady, nie ograniczał siebie w słownictwie. Fidesz w oczach postępowych żurnalistów urósł tak, że „stał się koniem trojańskim globalnego ekstremizmu w UE”. Fiu, fiu, mają wyobrażenie globalni strażnicy „wartości” na lewackie kopyto. Dziennik swe enuncjacje podsumowuje triumfalnym pouczeniem Węgrów (niedouczonych), że powinni równać się na ich Hiszpanów. Ich rząd przecież jeszcze w roku 2005 jako pierwszy na świecie wprowadził małżeństwa homoseksualne. Potem jeszcze pozwolił im na adopcję dzieci (o czym jednak „El Pais” nie pisze). Nie pisze też o tym, że dzieci też mają swe prawa nie tylko egocentryczni dorośli. Przede wszystkim podstawowe prawo - mieć mamę i tatę. Dumnym jednak ze swej dumy to wcale nie obchodzi. Ważne by oni sami i ich lgbt byli kontenci. Psychika dzieci, ich niewinność, dzieciństwo nie wchodzą w rachubę. Arcyważne, by to dorosli mieli prawo „kochać kogo chcesz i być dokładnie tym, kim się jest”. Ale to już nie „El Pais”. To Ursula von der Leyen, która w te właśnie słowa pouczała i moralizowała (cóż za wykwint perfidii) premiera Orbana. Mówiła, że „nasza Unia jest za równością i brakiem dyskryminacji”, dlatego ona jako przewodnicząca KE wyraża „swe pełne wsparcie i solidarność dla budapesztańskiej Parady Równości i społeczności lgbtq+”. A potem właśnie te wiekopomne słowa z jej ust jeszcze padły: „Macie wiele powodów do dumy. Europa jest silniejsza i bogatsza dzięki wam”. „Silniejsza i bogatsza”, cóż za uroczy bełkot eurokratki. Jaka to siła i bogactwo maszeruje w tęczowych marszach? Może Niemce chodzi o wypudrowanych, mizdrzących się facetów na szpilkach i w spódnicach mini? Czy jakieś inne bogactwo widzi szefowa „naszej Unii” w tęczowych marszach?
Orban w odpowiedzi był precyzyjny i lakoniczny. Zajmij się – domagał się od przewodniczącej KE – problemami Unii, skoncentruj swój wysiłek na pilnych wyzwaniach stojących przed Unią, w których popełniłaś poważne błędy i ponosisz za nie odpowiedzialność (kryzys energetyczny, erozja konkurencyjności), a nie wtrącaj się do spraw, w których nie masz kompetencji. Namawiał zatem Niemkę do pracy węgierski premier, jakby zachęcając ją przy okazji, by była raczej dumna ze swych osiągnięć, wykonanych zadań, do których ją zatrudnili europejczycy, niż z nieobyczajnych parad.
W poprzednim komentarzu pisałem o wartościach i „wartościach” w kontekście rozjeżdżania się pojęć na ten temat pomiędzy administracją Białego Domu, a lewicowo-liberalnym establishmentem Unii. Właśnie opisywany dzisiaj temat dobrze obrazuje zagadnienie. Widzimy jak w Europie tamtejsze elity ze wszech sił ingerują w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa pod fałszywym pretekstem dyskryminacji osób lgbt, gdy w tym samym czasie Sąd Najwyższy USA staje na zupełnie innym biegunie w tejże materii. Wydał właśnie bowiem werdykt chroniący dzieci przed indoktrynacją ideologów lgbt. Chodzi o prawa rodziców do nieposyłania ich dzieci na lekcje promujące „wartości” lgbt, które w szkolnych podręcznikach są przedstawiane w sposób afirmatywny. Dlatego „należy je celebrować”, uznał Sąd Najwyższy i odrzucił takie chcenie ideologów lgbt, którzy życzyli sobie obowiązkowego uczestnictwa dzieci w ich lekcjach indoktrynacji. Sędzia Samuel Alito Jr. w imieniu Sądu Najwyższego rzekł im: „wara od nieswoich dzieci”. I uzasadnił to tak: „Rząd naraża praktykowanie religii przez rodziców na ryzyko, gdy wymaga od nich poddania swoich dzieci nauczaniu, które stwarza „bardzo realne zagrożenie” podważenia ich przekonań i praktyk religijnych, które rodzice chcą wpoić dzieciom”.
Tym samym tęczowym indoktrynatorom w stanie Maryland kazał spadać na drzewo, jak to w slangu młodzieży się mówi. Tymczasem wiadome jest, że na tzw. Paradach Równości dzieci nie są chronione w żaden sposób. Ba, upadli dorośli za rękę często wloką ich na swe parady, by niszczyć ich niewinność i dziecięcą wrażliwość obrazkami, jakie Orban nazwał „pełnymi obrzydliwości” i „wstydliwych rzeczy”. Wszyscy doskonale w „naszej Unii” wiedzą, że w Paradach Równości nie o rzekomą dyskryminację chodzi. W „naszej Unii” nikt nikomu nie zabrania „kochać kogo chce”, mówiąc słowami von der Leyen. Chodzi o promocję i afirmację ideologii oraz indoktrynację ją młodzieży. O tym zresztą bardzo szczerze napisali swego czasu na transparencie marszowym osoby tęczowe z Parady Równości w Paryżu: „Nie potrzebujemy waszego uznania. Zrobimy wasze dzieci takimi jak my”...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Dlatego słuszne są uwagi wiceprezydenta USA, który nazywa rzeczy po imieniu i mówi wprost, że mamy do czynienia z sytuacją niebezpieczną. Jeśli europejscy przywódcy nie pójdą po rozum do głowy, to będzie tylko coraz to trudniej.
Niestety Unia wręcz wymusza aby ta ideologiczna deprawacja następowała. Nawet łamiąc lokalne, w tym przypadku węgierskie prawo.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.