Nie żałuję straconego czasu na obszerną lekturę, bo dzięki niej stałem się bogatszy o doświadczenia i skojarzenia umysłu polityków, którzy – jakby nie było – rządzą „naszą Unią”. Juknevičienė jako litewska konserwatystka należy w Parlamencie Europejskim do frakcji Europejskiej Partii Ludowej, największej najbardziej wpływowej, która razem z socjalistami rządzi UE od niepamiętnych czasów. W długim wywiadzie śladów tego rządzenia w sensie osobistej odpowiedzialności nie da się dostrzec nawet z latarką halogenową. Juknevičienė tak opisuje rzeczywistość, jakby Unią rządzili jacyś bliżej nieznani obcy. Gdy odpowiada na pytanie o Raport Draghiego, który obnaża w twardych danych, liczbach i faktach ekonomiczny, technologiczny i innowacyjny stan zapóźnienia Unii wobec Stanów Zjednoczonych, Chin i innych przodujących gospodarek świata, to jest niezwykle oszczędna w słowach. Nie podaje przyczyn takiego stanu rzeczy, nie próbuje tłumaczyć się z licznych błędnych polityk Unii pod rządami jej partii, które doprowadziły do tak katastrofalnej konstatacji sytuacji przez byłego włoskiego premiera. Lakonicznie, dosłownie w sześciu słowach mówi, że raport jest ważny, bo „sama Ursula von der Leyen go inicjowała”. I koniec, żadnej dalszej refleksji. Żadnego słowa samokrytyki, słowa „przepraszam” za szalone pomysły elit jej partii, gigantyczne przeregulowania gospodarki europejskiej, które są efektem rządzenia właśnie, że nie kosmitów tylko EPL z litewskimi konserwatystami na pokładzie.
Wybitna konserwatystka plącze się i kluczy pytana przez dziennikarza o priorytety Unii. W poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego, co musiała przyznać, priorytetem najwyższej wagi był Zielony Ład. W aktualnym rozdaniu priorytety się zmieniły, bo Europa nagle obudziła się z ręką w nocniku i na gwałt potrzebuje zbrojeń, gdyż czuje się zagrożona przez szalonego Putina, którego do niedawna tuczyła swymi petroeurami. I teraz jest tak, co zdroworozsądkowo przyznaje Juknevičienė, że pieniędzy na Zielony Ład i na zbrojenia na raz nie wystarczy. Trzeba więc wybrać bezpieczeństwo i wydać na nie 800 mld (pożyczonych rzecz jasna) euro. „Dzisiaj nie będzie żadnej Zielonej Europy, jeżeli jej nie będzie wcale, jeżeli Europę Putin rozdrapie, zniszczy Unię Europejską”, wydaje swój osąd nad zaistniałą sytuacją była minister obrony Litwy. Aha, czyli to co liderzy Unii Europejskiej, polityczni patroni Juknevičienė, gadali w poprzedniej kadencji o konieczności wdrożenia Zielonego Ładu na gwałt, bo inaczej Planeta i Europa spłonie, to już wkładamy między bajki. Dziś to już nie aktualne. Klimat i jego ocieplenie się chwilowo się zawieszą, bo na głowie Juknevičienė są ważniejsze sprawy niż walka z tym zjawiskiem. Ale jeżeli z drugiej strony traktować na poważnie słowa o samospaleniu Planety (komisarz Timmermans mówił alegorycznie o lecącej w kierunki Ziemi komecie, która ją zniszczy i spali, o ile pilnie klimatu nie ozimnimy), to po co się nam zbroić i bać się Putina, skoro i tak nam kajuk? Takie mamy dziś klimaty w Unii i schematy myślenia tam, co rozmówczyni LRT wybitnie potwierdziła.
Oczywiście zbroić się i to natychmiast jest dziejową koniecznością. Dworuję z Juknevičienė, bo nie dostrzegam w jej wypowiedziach nawet śladu kojarzenia logiki wydarzeń, które doprowadziły Europę do aktualnego opłakanego stanu. Niemcy, Bruksela tuczyły Putina, który zbroił się na potęgę. Kraje unijne nawet pod groźbami szalonego Trumpa nie dało się przymusić do wydawania 2 proc. PKB na zbrojenia. Czy europejskie elity o takiej przewidywalności wydarzeń są jeszcze reformowalne? Pytanie retoryczne. Sama Juknevičienė na nie odpowiada z lekką swadą madam, której lekkomyślność jest jej główną cechą charakteru, że „Unia przecież tworzyła się i żyła zawsze od kryzysu do kryzysu”. No, prawda – czym się przejmować? I tym razem jakoś tam będzie, zwłaszcza – jak podkreśla Litwinka – „po kryzysach Unia zawsze wychodziła wzmocniona”. Frywolność myśli konserwatystki – trzeba przyznać - jest jak w piosenkach rokendrolowców z grupy Bi-2: „W jejo słowach ni kapli prawdy, a i tak ona bożestwienno prawa”.
Dalej żeby udowodnić, jak to Unia potrafiła wychodzić nawet z trudnych kryzysów, Juknevičienė powołuje się na sytuację pandemii Covid-19, bo jej się wydało, że to właściwy przykład, by zobrazować sprawczość Brukseli. Surealizm, pełne odklejenie się od rzeczywistości, kpina z ludzkiej inteligencji, taka z kolei mi przyszła myśl, gdy czytałem opowieści Juknevičienė, jak to Unia wyciągnęła wnioski po pandemii i wzmocniła się. Na początku pandemii we Włoszech był okres, gdy dziennie z powodu śmiertelnego wirusa umierało 3 tysiące pacjentów przepełnionych szpitali. Co robiła wówczas Bruksela? To co potrafi najbardziej. Drukowała liczne rezolucje, dezyderaty, w których zapewniała o solidarności z Włochami. Potem je wysyłała do cierpiących razem z kilkunastoma, jeżeli dobrze pamiętam, respiratorami.
Juknevičienė jest też bardzo zmartwiona wzrostem popularności skrajnej prawicy w różnych krajach europejskich. Winę za to w 90 proc. ponosi nieodpowiedzialna polityka migracyjna („netoleragiška” ir „nesuvaldoma”) w wykonaniu – rzecz jasna –nie partii EPL tylko lewicy. No jasne. Angela Merkel (wir schaffen, damy radę) to wcale nie polityczna mentorka Juknevičienė, nie liderka jej rodziny politycznej, tylko pewnie lewica. W tym miejscu raz jeszcze konserwatystce przypomnę, że to jej partia EPL do spółki owszem z lewicą niepodzielnie rządzą Europą od dekad. Więc zwalanie odpowiedzialności za otwarcie drzwi do Europy dla nielegalnych migrantów na innych jest demagogią i zwykłym kłamstwem, co poświadczy portal „Demagog” w trzy minuty. Historia niestety też nie odnotowuje śladów osobistego protestu naszej litewskiej demagożki (chyba tak to w nowomowie się mówi) przeciwko polityce Angeli Merkel.
Juknevičienė brakuje właściwości, którą oceniamy jako odpowiedzialność, ale za to nie brakuje jej moresu, by snuć wizje. Wizje na temat przyszłości Europy pod rządami – rzecz jasna – jej partii. W tym miejscu Litwinka wysnuwa niemiecką wizję przyszłej Unii i sufluje typowo niemiecki szantaż na temat jej dalszego poszerzania się. Zwłaszcza o Ukrainę. Możliwe to będzie, powtarza niemiecki przekaz dnia Juknevičienė, tylko wówczas, gdy Unia będzie zreformowana i będzie zlikwidowane prawo weta, bo w poszerzonej Unii z wetem nie da się przyjmować decyzji. Juknevičienė w tym krytycznym miejscu jeszcze wzmacnia przekaz powołując się fałszywie na los Unii Polsko-Litewskiej, która upadła właśnie z powodu liberum weto. „My z prawem weta możemy dojść do losu Unii Polsko-Litewskiej”, snuje profetyczne wizje. A potem jeszcze dorzuca frazę, która zdradza każdego „szczerego demokratę”. Tłumaczy, że „jeżeli UE się poszerzy i nie wiadomo kto, w jakich wyborach zwycięży, to jeden kraj będzie mógł blokować decyzje (...)”. Ten kraj może być też przekupiony, dorzuca jeszcze Juknevičienė i twardo opowiada się za zlikwidowaniem prawa weta (za wyjątkiem ostatecznej decyzji przyjęcia nowego państwa członkowskiego).
Ministrę Juknevičienė trzeba wysłać do szkoły podstawowej, żeby się nauczyła, na czym polega różnica między wspomnianymi przez nią Uniami. Unia Polsko-Litewska była państwem i owszem liberum weto go paraliżowało. Unia Europejska państwem nie jest, jest organizacją międzynarodową powołaną do wolnego handlu, przepływu kapitału oraz ludności. Prawo weta w tej organizacji jest niezbędne, aby kraje (zwłaszcza mniejsze jak Litwa) mogły zachować swą suwerenność...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Smutne jest to, ze tacy jak ona, rządzą i decydują w Unii Europejskiej. Wizja klęski i upadku tej instytucji jest niemal pewna.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.