A zatem, zaczynając sprawozdanie od potknięć wybrańców ludu, za nieudacznika roku – chcąc nie chcąc – trzeba by uznać Vytautasa Landsbergisa, któremu koło nosa dosłownie przeszła prestiżowa nagroda Premia Wolności.
Historia odbiła się gromkim echem w kraju (nie wiem, jak było za granicą), nie ma więc potrzeby wypisywać atramentu, by ją powtarzać od nowa. Istotą sprawy było to, że mimo usilnych starań kolegów partyjnych Sejm większością głosów odmówił nagrody byłemu szefowi „Sajudisu". Posłowie uznali bowiem, że litewskiego Nobla nie może posiąść osoba, która przez cały okres niepodległości naród dzieliła (często głupio gadając), a nie łączyła. Pardon, excuse-moi, pone pirmininke!
Na nr 2, jeżeli chodzi o pecha roku, zasłużył – moim zdaniem – Rolandas Paksas. Jemu bowiem i w tym roku nie udało się zrehabilitować, mimo któregoś już tam podejścia do sprawy przez Sejm RL i nawet korzystnego wyroku sądu w Strasburgu. Posłowie, aby zdjąć klątwę z Paksasa i pozwolić mu na udział w życiu publicznym (m. in. dopuszczając do startu w wyborach), musieli przegłosować poprawkę do Konstytucji. Niestety nie przegłosowali, bo zabrakło trochę głosów. Nogę lotnikowi podstawili tym razem odwieczni wrogowie i starzy „przyjaciele". Sorry, izwinitie, drauge Rolandai!
W roku 20015 udało się za to Uspaskichowi. Udało się mianowicie nie trafić za kratki, ale perspektywy sądownicze byłego głównego „darbietisa" na przyszłość nie są pocieszające, by nie powiedzieć: marne. Arsenał do przeciągania procesów sądowych wyczerpał się, nowe wybory jeszcze nieszybko (a więc i nowy immunitet nie świeci), wyrok więc może być wygłoszony przez sąd już w lutym. Jeżeli zaś o wyrok chodzi – to na dwoje babka wróżyła. Tak czy inaczej Wiktor woli nie ryzykować i za wcześnie już Litwę prewencyjnie omija szerokim łukiem.
Prezydent Grybauskaite też się udało. Choć i na koniec roku, z trzeciego dopiero podejścia, a jednak przepchnęła przez Sejm swego kandydata na prokuratora generalnego. Wcześniej posłowie dwukrotnie odrzucali prezydenckich kandydatów, gdyż byli nazbyt rażąco „kieszonkowi". Ponadto pochodzili z głębokiej prowincji (Rakiszki i coś tam pokrewnego), gdy tymczasem trzeci kandydat - tylko z prowincji, bo z Wiłkomierza. Gratulacje... hmm, nie wiem tylko, co prawda, komu bardziej – prezydent czy prokuratorowi generalnemu.
Był też na Litwie w roku mijającym polityk, któremu jakby się i nie udało, ale jednak udało. Jak to możliwe, pewnie zapytają Państwo. Otóż, możliwe. Ministra Skvernelisa bowiem mam na myśli, który się podał do dymisji, ale mimo to został na fotelu szefa MSW.
Pamiętamy historię, gdy narkoman zbiegł policjantom z wozu policyjnego i na dodatek zabrał im bez pytania służbowego kałasznikowa. Połajanka wyszła z tej historii (która skończyła się happy endem na szczęście) na szczytach władzy sroga. Skvernelis pod podwójnym naporem obrażonej Graużiniene i mściwej Grybauskaite napisał podanie o dymisję i złożył go na biurku premierowi, którego nie było w kraju. Gdy ten wrócił z dalekich Chin, sytuacja była już kardynalnie inna. Wszyscy bowiem (opinia publiczna, eksperci itd.) bronili Skvernelisa prosząc, by został i strzegł naszego bezpieczeństwa w trudne czasy. Łajali przy tym oponentek ministra za fanaberie i histeryczność. Gdy do grona proszących dołączył też premier, Skvernelis ustąpił. Podanie zabrał, naród ucieszył się, prezydent została z nosem, bezsilnie skrzypiąc zębami.
Powyższą historię in plus zapisujemy też premierowi, któremu udało się w niej postawić się prezydent, co wcześniej prawie nigdy mu się nie zdarzyło. Ewenement pokazał jednak, że Butkevićius też od czasu do czasu trochę w tym państwie rządzi. W tym rządzeniu jednakowoż nie udało mu się, niestety, wiele, wiele rzeczy. Nie będziemy wszystkich niepowodzeń wymieniać, bo nuda dopadnie. Zatrzymajmy się zatem tylko na jednym, za to najbardziej spektakularnym. Otóż, najbardziej Butkevićiusowi nie udało się w mijającym roku spełnić chociażby jednej obietnicy poczynionej mniejszościom narodowym. Pamiętamy wszyscy, jak to którejś tam wiosny obiecał on premier Polski Ewie Kopacz (gdzieś tam na brukselskich korytarzach rzecz się miała), że załatwi sprawę nazwisk litewskich Polaków. Obiecał sobie i załatwia do dzisiaj... Premier Kopacz obietnicy już się nie doczeka, jako że czekając przestała być premierem.
Teraz my czekamy, jak Butkevićius złoży takąż obietnicę jej następczyni. Trzeba tylko trochę cierpliwości mieć, bo w brukselskich molochach biurowych korytarzy jest dużo, dlatego niełatwo jest zetknąć się na nich z pożądaną osobą. Ale jak tylko ta sztuka się w końcu Butkevićiusowi powiedzie, to możemy być pewni na bank – obietnicę mieć będziemy. Obietnice premierowi bowiem udają się najbardziej...
Tymczasem - zdystansowani do polityków - życzmy sobie nawzajem: „Do Siego Roku!".
Tadeusz Andrzejewski



Komentarze
Grybauskaite wstawiła swojego "grzybowego ludzika", ale dostała trochę po nosie w sprawie Skvernelisa- to tak na pocieszenie ;)
A Butkeviciusowi się jednak udało - wyprowadzić w pole tych, którzy uwierzyli w jego dobre intencje
Wręcz przeciwnie, prawidła roku wyborczego i nadchodzącej kampanii przed wyborami do sejmu sprawią, że że będzie jeszcze więcej głupich umizgów do elektoratu litewskich nacjonalistów.
Dlatego nam nie pozostanie nic innego, jak własna rzetelna praca, aktywność, jedność, determinacja, czyli te cechy, z jakimi od lat funkcjonuje ZPL i AWPL. Wtedy osiągniemy dobry wynik i zbudujemy mocną frakcję w sejmie.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.