Ukraińska klasa polityczna, nie mogąc dziś zmierzyć się w prawdzie z zaplanowanym przez ideologów UPA ludobójstwem na Wołyniu, niestety podąża śladami tych, z którymi walczy aktualnie na śmierć i życie. Wyszukuje trudne okresy w historii polsko-ukraińskiej, by obarczyć za nie Polaków i w ten sposób zrównoważyć i jakoś uzasadnić Wołyń. Nie jest to postawa szczera ani naukowa. Nie ma ona nic wspólnego z warsztatem historycznym, który nakłada na profesjonalnych historyków obowiązek porównywania rzeczy porównywalnych, adekwatnych, podobnych w celach i skutkach, mających miejsce w tej samej epoce. Tymczasem ukraińscy politycy i historycy próbują rzeź wołyńską przedstawić jako równoważny spór polsko-ukraiński, który miał swe korzenie w okresie II Rzeczpospolitej. A mianowicie w prześladowaniu i pacyfikacji mniejszości ukraińskiej przez międzywojenne władze Polski. W historografii Polski nikt nie jest dumny z pacyfikacji wsi ukraińskich czy niszczenia cerkwi prawosławnych. Nikt nie gloryfikuje tych czynów, które gwoli uczciwości i prawdy historycznej nie wzięły się znikąd. Były skutkiem, odpowiedzią władz polskich na skrajną nielojalność części społeczności ukraińskiej wobec państwa polskiego, którego obywatelami jednostki tej społeczności były. To przecież w okresie jeszcze międzywojennym Bandera założył UPA i zrobił to nie po to bynajmniej, by negocjować więcej lepszych praw dla mniejszości ukraińskiej, tylko dlatego by walczyć z państwem polskim na sposób terrorystyczny w celu oderwania od niego ziem, jakie banderowcy uznawali za ukraińskie. UPA m. in. po to zamordowała Tadeusza Hołówkę, by nie doprowadzić do ugody polsko-ukraińskiej, do której właśnie dążył Hołówko. Potem były kolejne morderstwa polityczne i akty terroru w wykonaniu banderowców. I tej trudnej historii nikt nie tuszuje, nie zakłamuje, nie relatywizuje. Ale jest oczywistym ahistorycznym asymetryzmem porównywanie jej do ludobójstwa na Wołyniu, które zostało precyzyjnie zaplanowane przez ideologów UPA i potem skrupulatnie, z niebywałym zezwierzęceniem wykonane.
To jednak zupełnie nie krępuje zwolenników relatywizowania zbrodni wołyńskiej zarówno po ukraińskiej, jak też po polskiej stronie granicy. Pudła rezonansowe w Polsce nie są liczne, ale gromkie i niebywale bezwstydne. Sierakowskiego Sławomira, założyciela „Krytyki Politycznej” i podstarzałej już nieco nadziei Nowej Lewicy warto tu wspomnieć. Udzielił on dni kilka temu wywiadu dla jednej z liberalnych stacji telewizyjnych nad Wisłą, w którym winą za ostatnie napięcia wynikające ze sporów historycznych o Wołyń na linii Warszawa – Kijów obarczył obie strony po równo. Oto odpowiedni cytat: „Jak to się stało, że nagle 100 tysięcy ludzi, czy nagle zwykli ludzie, którzy tam mieszkają, rzucili się na swoich sąsiadów? Nie było słowa o tym, jak Polacy się zachowywali wobec Ukraińców. Już nie mówię o XVI, XVII, XVIII wieku, ale pacyfikacji wsi galicyjskich, rozbijaniu cerkwi, liczbie Ukraińców wsadzonych do Berezy Kartuskiej, tak naprawdę zdradzie Petlury, za którą Piłsudski akurat przeprosił, a nie zabierał medale”. A więc jak widzimy, mamy do czynienia wręcz z klasycznym przypadkiem ahistorycznych manipulacji, porównywania rzeczy nieporównywalnych w celu zrelatywizowania rzezi wołyńskiej. Nadzieja Nowej Lewicy mówiąc o byłych wiekach m. in. o XVII miał zapewne na uwadze głośne powstanie Chmielnickiego, które – nawiasem mówiąc – nie miało narodowo-wyzwoleńczego charakteru (chodziło o przywileje dla kozaków), ale za to obfitowało w liczne rzezie. Masowo była mordowana czerń, Żydzi, jak też polska szlachta. Czyniła to (odpowiednio) jedna i druga strona. Było to okrutne i było zarazem znakiem tamtych czasów, jakie się działy niestety na Kresach i ich Dzikich Polach. Sugerowanie przez Sierakowskiego, że to ma jakiś związek z Wołyniem w wieku XX jest absolutną grandą, ahistoryczną manipulacją, która jednak pojawia się w polskiej przestrzeni publicznej pod hasłem nierozliczonej karty polskiej kolonizacji Ukrainy. Z taką rewelacją wyjechała jakiś czas temu, jeszcze przed wojną na Ukrainie, polska noblistka Olga Tokarczuk. Dyskusja raczej z tego nie wynikła duża, głupia wypowiedź tylko ośmieszyła noblistkę i tyle. Dziś jednak zaczyna się tego używać jako argumentu nieprzyznawania się Polski do swych win. Wyjaśnijmy zatem, czym jest kolonizacja i jak rzecz miała się z Ukrainą w tym kontekście. Otóż, kolonizację oznacza przemocowy, militarny podbój terytoriów i narodów przez określone państwo w celu ich wyzysku, eksploatacji i zagarnięcia ich ziem i dóbr. Polska nigdy nie prowadziła wojen kolonialnych na Ukrainie. Ziemie po byłej Rusi Kijowskiej przypadły Rzeczpospolitej w skutek pewnych ustaleń z Wielkim Księstwem Litewskim, z którym Polska była w Unii. Do WKL ziemie kięstw Rusinów też w przeważającej masie nie trafiły w skutek podbojów militarnych, tylko na zasadzie układów politycznych i matrymonialnych książąt. Mówiąc w pewnym uproszczeniu książęta rusińskie szukały często ochrony u Litwinów przed atakami Mongołów. Polska gdy weszła w posiadanie tych ziem, to nie traktowała ich jako kolonie, do których wysyła się swych namiestników, by ci drenowali z dóbr podbite ziemie i przesyłały je do ojczyzny. Nie, na Ukrainie rządzili sami Rusini, których władcza ręka – owszem - często była twarda dla podwładnych. Ba, historia rodu Wiśniowieckich pokazała, że rusińscy książęta mogli nawet zostać królami Rzeczpospolitej, jeżeli tylko szlachta uznała ich zasługi. O walkach o wolności kozackie możemy dużo pisać, ale nie miejsce i czas, dlatego powiem tylko, że Chmielnicki wyrywając kozaczyznę z kurateli Polski i oddając ją w ręce carskiej Rosji - wysłał kozakom pocałunek śmierci. Przeskakując zaś z wieku XVII do okresu Piłsudskiego i Traktatu Ryskiego, którego ustalenia oddawały Ukrainę ZSRR, a, dodajmy też, że również Mińszczyznę i tamtejszą mniejszość polską w łapy i zemstę bolszewików, zadajmy jedynie pytanie retoryczne: czy i Rzeczpospolita miała siłę i potencjał do kontroli tych terenów?
Tak czy owak łączenie tego wydarzenia z rzezią wołyńską, zaplanowanym aktem czystek etnicznych, jest nienaukowym, bałamutnym łączeniem wydarzeń na osi historii. Ci, którzy to robią, nie szukają prawdy. Szukają sposobu, by ją zmanipulować...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego


