Raport jest poświęcony kwestii cenzury w Europie. Wynika z niego, że jeszcze na długo przed przyjęciem przez UE Aktu o Usługach Cyfrowych (DSA) Komisja Europejska już naciskała na platformy internetowe, by te ograniczały publikację określonych treści. Ograniczano, mianowicie, treści, które miały służyć partiom konserwatywnym bądź „populistycznym”, jak w żargonie unijnych elit nazywa się partie nie zgadzające się na ich szaleństwa np. w polityce klimatycznej czy migracyjnej. Udokumentowano 8 przypadków ingerencji przed wyborami krajowymi na Słowacji, w Holandii, Francji, Mołdawii, Rumunii czy Irlandii. Naciski cenzorskie były też przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w roku 2024.
Presja na firmy technologiczne była wywierana w sposób kreatywny. Przed wyborami na dywanik wywoływano szefów platform i „przekonywano” ich batem bądź marchewką, by „zmieniali globalne zasady moderacji”. Takich spotkań miało być ponad 90. Z wewnętrznych dokumentów platform ma wynikać, że po takich moralizatorskich spotkaniach przed wyborami w poszczególnych unijnych krajach, właściciele platform, by uniknąć kar, usuwali określone treści, które mogłyby być solą w oku lewicowych elit w Brukseli. Tik Tok, dla przykładu, musiał gumkować treści jawiące się unijnym lewakom jako typowo konserwatywne. W ten sposób z platformy znikały twierdzenia dotyczące kwestii transpłciowości, w tym hasło, a jakże, że „istnieją tylko dwie płcie”. Jest to przecież w zamglonym mózgu postępowej lewicy „mowa nienawiści”. Ale głupota lewicy jest nie tylko legendarna, jest jeszcze bezczelna. Domaga się, aby jej osobiste szajby stały się dogmatem całej ludzkości, a wszelkie nieprawomyślne wypowiedzi znikały z internetu błyskawicznie. W ten sposób wariactwo postępowej lewicy zostałoby uznane za jedyne legalne myślenie i stałoby się dziedzictwem ludzkości. Może nawet UNESCO z czasem wciągnęłoby je na swą światową listę jako niematerialną spuściznę.
Najważniejsze to mieć wielkie cele. A że takie europejska lewica ma, świadczy chociażby fakt, że swe cenzorskie zapędy nie ograniczała tylko do Starego Kontynentu. Jej ambicje sięgają znacznie dalej, bo aż za ocean. Przed kluczowymi prezydenckimi wyborami w USA w roku 2024 ówczesny komisarz KE Thierry Breton ingerował w debatę wyborczą w tym kraju. Napisał dyscyplinującą epistolę do właściciela platformy „X” Elona Muska, w której ostrzegał przed konsekwencjami regulacyjnymi za to, że ten ośmielił się przeprowadzić na iksie wywiad na żywo z Donaldem Trumpem. Bo przecież w świecie liberalnej demokracji wywiady można robić tylko z tymi, których wskaże moderator w postaci cenzora z Brukseli. Wtedy jest demokracja, równość i inkluzywność. Nawiasem mówiąc KE w końcu swe groźby wobec Muska spełniła, nakładając na „X” drakońską karę w wysokości 120 mln euro. Pretekst się znalazł, Bruksela jest pod tym względem baaardzo kreatywna. Kluczowym narzędziem nacisku na platformy jest powoływanie się przez unijnych klerków na tzw. „wytyczne społeczności”, czyli wytyczne wytypowanych wcześniej przez Brukselę organizacji pozarządowych, które mają ustalać, jakie treści w internecie są dozwolone, a jakie zabronione.
Rzecznik KE Thomas Regnier z typową dla tej instytucji arogancją zaprzeczył, by Komisja miała ingerować w wybory. Ba, odbił piłeczkę twierdząc, że to platformy ingerowały, a KE tylko próbowała ukrócić ten „Dziki Zachód”. Dlatego przyjęła Akt DSA. Jednak, jeżeli trzymać się faktów, to na razie mamy sytuacje, gdy to Komisja Europejska ingerowała w wybory, jak np. było to w przypadku Rumunii. Sam Breton wygadał się dla mediów, że „zrobiliśmy to w Rumunii, a jak będzie trzeba, to zrobimy i w Niemczech”, że zacytuję z pamięci. W Rumunii, przypomnijmy, pierwszą turę wyborów prezydenckich anulowano pod naciskiem Brukseli, która dezinformowała, jak się później post factum okazało, że w rumuńskich wyborach (nieprawomyślnych, gdyż wygrał kandydat prawicy) palce maczała Rosja. Na Tik Toku miała to robić. Po sprawdzeniu przez platformę faktów, okazało się, że palec nie był z Rosji, tylko z rumuńskiej konkurencji. Dezinformacja, mowa nienawiści - to są słowa wytrychy, którymi posługuje się europejski mainstream, by uzasadnić konieczność cenzurowania internetu. Owszem z dezinformacją należy walczyć, a nienawiść była zawsze nie do przyjęcia dla osób uczciwych, dobrze wychowanych. Więc z potępieniem tych praktyk nie powinno być problemu. A jednak problem jest. Jest w tym, że to sama lewica chce arbitralnie ustalać, co jest dezinformacją i mową nienanwiści, a co nie jest. Mając zdeformowaną percepcję rzeczywistości „arbiter elegancji” sam najczęściej sieje nienawiść, agresję, prymitywny wulgaryzm w sieci, więc jak można na nim polegać. To tak jakby wampirowi powierzyć sprawdzanie próbek krwi w banku krwi...
Nie dziwią zatem głosy konserwatywnych polityków pełne oburzenia na fakty, które ujawnił Raport Amerykanów. „To jest właśnie ich „demokracja” i poszanowanie „praworządności”. Ale do pouczania Polski w tych kwestiach i nakładania kar to byli pierwsi! Banda zamordystycznych hipokrytów, która tak się rozbestwiła w tej Brukseli, że własne zasady ma za nic” , skwitowała skandaliczne praktyki Brukseli europosłanka z Polski Ewa Zajączkowska. A inny użytkownik internetu dodał, iż „najsmutniejsze jest to, że oni doszli do pozycji, w której już niczego nawet nie muszą ukrywać. Jadą walcem z pieśnią na ustach, bo nie widzą oporu”.
Groteską niebywałą w świetle powyższych faktów jest inicjatywa europosłów lewicy z frakcji SiD, którzy właśnie przeforsowali debatę w Parlamencie Europejskim nad stanem demokracji w ...USA. Nazwę debacie dali: „Przemoc państwowa w Minneapolis i praworządność w Stanach Zjednoczonych”. W poprzednim swym komentarzu pisałem, że administracja prezydenta Trumpa próbuje egzekwować prawo i deportować nielegalnych migrantów, którzy za prezydentury Joe Bidena wdarli się do USA w liczbie ponad 10 milionów. W dużych miastach rządzonych przez amerykańską skrajnę lewicę (demokratów) dochodzi do starć federalnych służb migracyjnych z aktywistami skrajnej lewicy, co skutkowało, niestety, śmiercią dwóch agresywnych manifestantów. Ile ofiar śmiertelnych za ostatnie lata padło z rąk członków gangów migranckich, lewica woli nie liczyć. Ofiary traktuje jako skutki uboczne jej politycznego planu nazywanego „podmianą społeczeństwa”.
Europejska lewica chce debatować nad brutalnością amerykańskich służb porządkowych, przymrużając jednocześnie oko na jeszcze większą brutalność policji w krajach europejskich, rządzonych przez rządy lewicowo-liberalne. Wystarczy przywołać przykłady brutalności policji francuskiej, gdy tłumiła protesty „żółtych kamizelek” (były ofiary, kalectwa protestujących), czy policji hiszpańskiej podczas manifestacji za niepodległość Katalonii (makabryczne obrazki, gdy młode kobiety były za włosy ściągane ze schodów). Wtedy żadnej debaty, ani ochów-achów nad stanem demokracji ani we Francji, ani w Hiszpanii nie było. „Praworządni” komuniści we Francji czy Hiszpanii, czy też, niestety, postkomuniści w Polsce mają glejt na łamanie prawa wydany przez Brukselę. I taką, znowuż niestety, mamy dzisiaj Unię...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.