Sytuacja geopolityczna na świecie jest coraz bardziej napięta, równowaga sił staje się krucha jak francuska bagietka. Nasz region na wschodzie Europy dotkliwie to odczuwa. Władze Wilna więc postanowiły coś z tym zrobić. Postanowiły mianowicie zastosować nietradycyjne środki odstraszania potencjalnych agresorów, którzy gdy je poznają – struchleją. Poznać zaś je mogą oglądając ściany wileńskiego Ratusza, na których urzędnicy stołecznego Magistratu zamieszczają kolejne pamiątkowe tablice z przestrogami dla tych, co to pomyśliwują nas zaatakować. Ostatnio zamieścili tabliczkę ze słowami kanclerza Friedricha Merza, który przy okazji dyslokacji na Litwie niemieckiej dywizji pancernej (cząstkowej póki co) powiedział profetycznie: „Bezpieczeństwo Litwy jest również i naszym bezpieczeństwem. Obrona Wilna jest obroną Berlina”. Gdyby jednak któryś z potencjalnych agresorów nie do końca przestraszyłby się słowami kanclerza – to niech sobie spojrzy na inną, północną ścianę Ratusza. Tam widnieją z kolei na pamiętnej tabliczce słowa Georga W. Busha juniora, prezydenta – jak by nie było - United States of America, który pogroził w roku 2002: „Każdy kto by wybrał Litwę za swego wroga, stanie się wrogiem USA”. Piękna, odstraszająca groźba. Przydałoby się jednak, by tabliczki były napisane nie tylko po litewsku, angielsku i niemiecku, ale też cyrylicą. No, żeby adresat dobrze zrozumiał.
Friedrich Merz został zatem w kamieniu wyryty na Litwie i zapisze się do wiekopomnej naszej historii. Gorzej jednak mu się wiedzie ostatnio w relacjach z Polską. Przy niedawnych konsultacjach międzyrządowych Polski i Niemiec premier Donald Tusk próbował przekonywać kanclerza Friedricha, by ten wypłacił wreszcie odszkodowania wojenne chociażby bezpośrednim ofiarom niemieckiego barbarzyństwa w czasie II wojny światowej, póki jeszcze żyją. Gdy jednak Merz na konferencji z kamienną twarzą nic nie deklarował, rozczarowany tym Tusk zapowiedział, że Polska wówczas rozważy wypłacić reparacje za niemieckie zbrodnie sama sobie. Wypowiadając tak niebywałe słowa polski premier pewnie liczył na tradycyjną niemiecką porządność, że oto kanclerz zaoponuje: „Nein, nein, to my Niemcy bezahlen bishen oiro dla ofiar”. Ten jednak nadal był jak słup soli, demonstrując zaiste, że niemiecka „porządność” jest wręcz legendarna.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę na Litwę, bo dzieją się u nas akurat rzeczy naprawdę historyczne. Trwa atak hybrydowy na nasz kraj ze strony Białorusi, która puszcza w naszą stronę balony. Balony nadmuchane helem z doczepionymi u dołu kontrabandowymi paczkami papierosów. Tak wymyślno- hybrydowy atak Łukaszenki zupełnie nas zaskoczył. Ani wojsko, ani straż graniczna, ani ministerstwo ochrony kraju nie wie, co począć. Apeluje dniem i nocą do dyktatora, by poskromił przemytników (a raczej samego siebie) i przestał nas dręczyć tymi swymi statkami powietrznymi na sznurkach. W końcu minister innowacji Edvinas Grikšas nie wytrzymał. Wpadł na pomysł, by ogłosić konkurs w tej materii za 1 milion euro. Okrągła sumka przypadnie temu, kto w sposób innowacyjny zaproponuje, jak załatwić te białoruskie balony. Chętnych na milion nie zabrakło wśród litewskich gigantów technologicznych. W szranki stanęły takie firmy IT jak „Teltonica”, „IT logika” czy „Dangaus šviesos”. Jedna z nich zaproponowała mega innowacyjne rozwiązanie polegające na tym, że białoruskie balony będzie razić sztuczną inteligencją (AI), za co w ramach premii na razie od ministra Grikšasa otrzymała 100 tysięcy euro. Szkoda, że ja przegapiłem tak intratny konkurs. Zaproponowałbym zupełnie innowacyjną, tanią i ekologiczną technologię przebijania balonów z łuków albo proc. Że też zawsze mam pecha, że dobre myśli przychodzą do mnie po czasie.
Ale skoro już o ekologii mowa. Temat aktualny, gorący, budzący wiele emocji, więc nie może go zabraknąć również w naszym podsumowaniu. Otóż okazało się, że w czasie, gdy progresywna część ludzkości zacięcie walczy z ociepleniem klimatu (by Planeta nam się nie skończyła), nagle po 12 tysiącach lat obudził się i wybuchł wulkan Hayli Gubbi w Etiopii. Wyrzucił z siebie potężną chmurę dymu, która dotarła aż na inne kontynenty. „Jakby ktoś nagle rzucił bombę”, relacjonują przerażeni kataklizmem Etiopczycy. Uczeni na całym świecie (ci progresywni, rzecz jasna) zaczynają w popłochu liczyć, ile to CO2 wyplunął z siebie krater wulkanu, który to gaz cieplarniany jest – jak wiadomo – głównym „trucicielem klimatu”. Jaki to potężny nowy Zielony Ład trzeba będzie wdrożyć, by zrównoważyć erupcję i na nowo osiągnąć „neutralność klimatyczną”. Inni z kolei uczeni (chyba nie progresywni) truchleją z przerażenia świadomi, jakie to kataklizmy w przeszłości ściągały na Ziemię wybuchające wulkany. Od nich to – jak wnioskują archeolodzy i paleontolodzy – musiały wyginąć dinozaury wiele milionów lat temu. Po wybuchu wulkanów bowiem w czasach zamierzchłych potężne chmury pyłu wulkanicznego przykryły niebo, nie dopuszczając albo utrudniając dotarcie promieni słonecznych na Ziemię. Przesłonione Słońce przestało więc grzać należycie i na Ziemi nastała „wulkaniczna zima”, powodując potężne arktyczne oziębienie klimatu. Aż pięty mi zmroziło, gdy piszę te słowa. Co za rebus do rozwikłania dla uczonych: czy mamy oczekiwać ocieplenia, czy też oziębienia klimatu. Ale uczeni, uczonymi, pal ich sęk. Martwię się bardziej o Ostatnie Pokolenie, co z nim będzie? Zdezorientowane musi przecież być w stanie paniki i rozterki zarazem. Czy mają kleić się głowami do asfaltu w proteście przeciwko ociepleniu, czy oziębieniu klimatu? Niech Unia Europejska i Bill Gates szybko wygłoszą jakieś stanowisko w tej sprawie (i sypną groszem), żeby mogli łysi wiedzieć przeciwko czemu protestują.
No, same nerwy i stresy w tym nowoczesnym, progresywnym i zwariowanym świecie. Dobrze przynajmniej, gdy ktoś jest studentem na którejś z progresywnych uczelni za Wielką Wodą, jak chociażby na Harvardzie, Virginia Tech czy Georgetown. Władze tych prestiżowych, awangardowych i nie schematycznych kuźni wiedzy dbają bardzo o rozregulowane nerwy swych nadwrażliwych studentów, jak najczulsza kwoka o swe pisklęta. Żeby jakoś odstresować swych wychowanków z nerwowych napięć, urządziły im na terenie uczelni specjalne strefy komfortu. Z myślą, że stresy u „pokolenia śnieżynek”, jak czule na Zachodzie się nazywa młodzież niedostosowaną do życia we współczesnym brutalnym świecie, mogą wynikać z przyczyn bardzo różnych, oferują też bardzo różnoraką terapię. Ktoś stresuje się z powodu właśnie zmian klimatycznych powodujących skutki, że będziemy ostatnim pokoleniem na Ziemi, temu robótki ręczne. Ktoś, no powiedzmy student archeologii, wpadnie w rozedrganie nerwowe, gdy zobaczy odkopany szkielet ludzki, temu zajęcia z kolorowankami i plasteliną. Gdyby student teologii z pokolenia śnieżynek źle się poczuł na widok Ukrzyżowanego Chrystusa, jemu z kolei odstresowująca zabawa z klockami lego i kukiełkami. A uniwersalnie, wiadomo przecież, że każdy nadwrażliwy za Wielką Wodą zryw nerwowy przeżył z pewnością po wygranej w wyborach prezydenckich Donalda Trumpa. W ramach kuracji zatem będzie mógł się przytulić do kozy, pobawić się z psami teraupetycznymi czy takowyżymi kotami. Wszyscy zaś za darmo otrzymają gorące kakao.
Mam nadzieję, że po tak optymistycznej końcówce naszego humorystycznego podsumowania roku, również Państwo się zrelaksowali i trochę się pośmieli. Nie ma czym się przejmować. Balony porazimy innowacyjnie, wrogów odstraszymy napisami, a klimat sam sobie jakoś się zrównoważy, jak to bywało drzewiej po wielokroć. Zróbmy więc sobie gorące kakao i z nadzieją czekajmy na Nowy 2026 Rok.
Tadeusz Andrzejewski
Z najlepszymi życzeniami dla ukochanych Czytelników



Komentarze
A my po prostu róbmy swoje i nie przejmujmy się zbytnio tymi wszystkimi realnymi czy bardziej zmyślonymi zagrożeniami. Inaczej nie da się normalnie żyć.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.