I czy Mr Hannibalsson jest świadom tego, że, uczestnicząc – tak rozumiem, że na zaproszenie mera – w odsłonięciu w Wilnie przy ulicy Islandijos dodatkowej tabliczki z nazwą tej ulicy w języku islandzkim, naruszył litewskie prawo, złamał ustawę o państwowym języku, ba, Konstytucję RL? A przy okazji podpadł urzędującemu premierowi Algirdasowi Butkevičiusowi, który grzmiał swego czasu, zresztą w imieniu całej swojej ferajny: „(...) we frakcji uzgodniliśmy, że w żadnych regionach nie będzie dwóch języków, żadnych dwujęzycznych napisów nie będzie!"
Co tam premierowi! Prezydent Dalii Grybauskaitė też. Nasza „Stalowa Magnolia" w tych kwestiach nie uznaje żadnych kompromisów. „Litwa jest małym krajem i musi bronić swego języka i kultury!" – tak brzmi oficjalnie stanowisko Jej Ekscelencji na temat zbrodni podwójnego nazewnictwa. Co prawda powyższą nieugiętość prezydent zaprezentowała akurat w temacie dodatkowego nazewnictwa polskiego. Być może islandzkie to już zupełnie inna bajka. Nie wykluczam, że niewielka tabliczka z napisem po islandzku nie zrujnuje jednego z najstarszych i najpiękniejszych języków świata, z drugiej jednakże strony wobec prawa nie może być równych i... nierównych.
A już gdy o nasz państwowy język chodzi, to nie ma żartów. Zresztą odwołajmy się do najeksperciejszego w tej kwestii eksperta, za jakiego na Litwie biega językoznawca Kazimieras Garšva. A ten się w ocenie takich zbrodni nie patyczkuje. Przynajmniej w ocenie dwujęzyczno-napisowej partyzantki uprawianej przez mieszkańców Wileńszczyzny. W jego opinii obecność – obok litewskich – innojęzycznych napisów „narusza suwerenność i honor naszego państwa". U nas „wszystko powinno być pisane po litewsku, by każdy obywatel mógł zrozumieć, co jest napisane" – pogrzmiewa językoznawca nieświadom faktu, że swoją wypowiedzią nieco obraża inteligencję współobywateli. Ale to dygresja.
Faktem natomiast jest, że powyższe pogrzmiewania były kierowane do Šimašiusa właśnie. Nie sposób nie zauważyć, że akurat w kwestii zbyt lekkiego podejścia do państwowego języka tego polityka trzyma się recydywa. To będąc posłem (wraz z kilkoma kolegami) wystąpi w Sejmie z inicjatywą dopuszczenia na Litwie do rejestracji firm mających w nazwie nielitewskie litery, to już jako mer zapowie angielskojęzyczne znakowanie niektórych linii komunikacji miejskiej, to ogłosi, że stołeczny urząd stanu będzie zapisywał obcojęzyczne nazwiska z użyciem trefnych, obcych i „zagrażających litewskiemu alfabetowi" literek „w q i x", to islandzkojęzyczną tabliczkę w Wilnie zawiesi. Ot, namolny!
A przecież Garšva ostrzegał: „stworzysz jeden precedens, pojawią się następne i litewski język znajdzie się w obliczu jeszcze większego zagrożenia". No i wykrakał. W każdym bądź razie jestem ciekawa rozwoju kryminału pt. ÍSLAND STÆTI. Czy ktoś za to beknie (a wg prawa ktoś powinien)? I czy będzie to mer Remigijus Šimašius, czy jednak były minister spraw zagranicznych Islandii Baldvin Hannibalsson? I czy wplątany w tę awanturę Islandczyk wie, ile za „luksus" posiadania dwujęzycznych tabliczek zapłaciła Wileńszczyzna? Mam nadzieję, że go na to stać. Aha! I czy ja kiedyś dożyję tej pociechy, by jakiś litewski polityk tworzenie tego typu precedensów zaczął od próby wpuszczenia w publiczny obieg języka, którym posługuje się ćwierć miliona własnych obywateli? Obawiam się, że wątpię.
Lucyna Schiller



Komentarze
na pomysł aby na prywatnych domach zawiesić tabliczki z nazwami ulic w języku islandzkim. Przecież fanatycy podłożyli się idealnie.
chyba jednak nieprędko, lietuva to skansen zatwardziałych nacjonalistów, bez względu na sztandary partyjne, którzy pielęgnują swoje uprzedzenia, leczą kompleksy, bronią żmudzińskości przed nie wiadomo czym.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.