Podczas gdy prezydent, urzędujący i były premier oraz liczni – zarówno mniejszej, jak i cięższej wagi – politycy połączyli głosy w zgodnym i oburzonym chórze: „natychmiast do dymisji!", społeczeństwo aż tak zdecydowanie głowy pani minister nie żąda. Niespodziewane wyznanie, a ściślej wpadka Šalaševičiūtė, zostało przez współobywateli przyjęte z dużą dozą tolerancji. Na licznych forach i w sondażach wobec „mea culpa" pani minister dominuje racjonalne biblijne podejście: „niech pierwszy rzuci w nią kamieniem ten, kto lekarzom kopert nie wręczał".
Osobiście mam wobec tej sprawy mieszane uczucia. Sama, gdy kilka lat temu – w obliczu ciężkiej choroby najbliższej mi osoby – zostałam zderzona z bezdusznym, wrednym i ociężałym systemem rodzimej NIEDOOPIEKI zdrowotnej, byłam gotowa nie tylko wręczać koperty. Gdybym wiedziała, że to pomoże obalić mur obojętności, zaskutkuje wreszcie leczeniem, w czymś ulży... podpaliłabym w paru klinikach recepcje, wysadziłabym w powietrze ten i ów gabinet lekarski, a kilku chorym na znieczulicę konowałom w białych kitlach przystawiłabym pistolet do skroni.
A przecież zgadzam się z tymi moralistami, którzy dudnią, że mamy rzesze wspaniałych i bezinteresownych lekarzy. Mamy, ale spróbujcie się do nich przebić. Dlatego, mieszkając na Litwie, pomimo solennie opłacanych obowiązkowych składek zdrowotnych, tak długo jak się dało placówki publicznej opieki zdrowotnej omijałam szerokim łukiem.
Niestety, to działa do chwili, gdy stajemy w obliczu choroby, wobec której medycyna prywatna okazuje się, mówiąc kolokwialnie, za krótka. A gdy chory jest w podeszłym wieku, to już zupełny dramat! Lekceważenie przez lekarzy skarg i objawów („w tym wieku człowiek już tak ma"), odmawianie niezbędnych badań („czy zdaje pani sobie sprawę, ile kosztuje tomografia i rezonans magnetyczny?"), czyli droga przez mękę i upokorzenia tylko do półmetka, jakim jest właściwa diagnoza – to u nas norma. Gdy rodzina się zaprze i pacjent do rozpoznania choroby dociera wcześniej niż do Domu Pana, okazuje się, że nikt nie chce go w tej chorobie prowadzić. „No tak, nowotwór" – padają straszne słowa, które tym niemniej nie muszą być wyrokiem. Ale się nim stają, gdy nikt się nie poczuwa do odpowiedzialności, by kompleksowo kierować leczeniem. Nawet jeżeli ma to być leczenie paliatywne.
Gdy, zamiast konkretnego planu działań, słyszy się pomruki, że w tej sytuacji można by „to i owo", „tam i ówdzie", „u tego i owego". Przy tym „tam i ówdzie, by u tego czy owego poddać się temu i owemu", poważnie chory i śmiertelnie przerażony pacjent ma się przebić na własną rękę. Gdy nie ma wsparcia, odpuszcza. Gdy bliscy (jak to było w mojej rodzinie), wykazując obłąkańczą determinację, w końcu docierają do właściwego lekarza... Czy użyłam określenia „w końcu"? No tak. Znalazł się przecież anioł w lekarskim fartuchu, który zrobił, co mógł, ale napisałam przecież, że w końcu. Za późno.
Dlatego wyznanie pani minister wcale mnie nie oburza, a złożona publicznie samokrytyka nie przekonuje. Ponoć dziś się tej koperty haniebnie wstydzi. Ach, gdybyż to nie chodziło o chorobę bliskiej sędziwej osoby... Baju, baju! Gdybyśmy nie mieli haniebnie funkcjonującego systemu opieki zdrowotnej, problem kopert zniknąłby samoistnie. Tak więc prawdziwym powodem do wstydu dla pani minister może być tylko to, że, będąc szefową tego resortu, nie zrobiła nic lub zrobiła za mało, by to funkcjonowanie usprawnić. A może, będąc od lat klientką niemieckiej Krankenkasse, coś w kraju przegapiłam? W sposób opisany szarpałam się z tą naszą niedoopieką zdrowotną cztery lata temu. Może w tym czasie odnotowano w niej jakieś cuda, niewidy, bardziej ludzkie oblicza?
Lucyna Schiller



Komentarze
Owszem, dostają ale uważam, że stanowczo za mało. Dlatego też nie potępiam aż tak bardzo tych łapówek.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.