Był znakiem...
- tak powiedział o Józefie Obrembskim w czasie żałobnej Mszy św. kardynał Audrys Juozas Bačkis w dniu pogrzebu prałata. Wypełniając to określenie treścią możemy powiedzieć, że był znakiem tego, jak można życie przeżyć nie zbaczając z raz obranej drogi, służąc ludziom, kochając ich twardo stać na straży nieprzemijających, podstawowych wartości i wiary. Wiary, która czyni cuda dając człowiekowi moc, by godnie, z honorem mógł służyć Bogu i Ojczyźnie – to swoją posługą kapłańską ciągle ludziom pokazywał.
Był znakiem, że należy rzeczy nazywać po imieniu: prawda jest prawdą, a kłamstwo – kłamstwem, obłuda – grzechem, a prawość – zaletą. Był znakiem – tym moralnym autorytetem, o który dziś tak trudno, bowiem we wszystko możemy zwątpić, wszystko poddać krytyce, czy też usprawiedliwić, oskarżyć o subiektywizm czy stronniczość. Niepowetowana strata w obecnych, jakże niespokojnych czasach, kiedy wygląda, że świat postradał zmysły. Jakżeby dziś przydał się nam ksiądz prałat, który potrafił być moralną busolą.
Bez gromkich słów i rozdzierania szat, własnym przykładem służył i wspierał radą
Ksiądz prałat Józef Obrembski przeżył długie i piękne życie, bo nie żył tylko dla siebie. Żył dla innych, zgodnie z powołaniem kapłana, by pomagać ludziom wytrwać w cnocie i miłości, wierze i moralności.
W czasach trudnych i bardzo trudnych (właśnie na takie czasy, w większości przypadło jego kapłaństwo) - zdecydowana większość z 79 lat posługi przypadła na okres, kiedy z wiary i księży w najlepszym wypadku kpiono, w gorszym – zsyłano na wygnanie czy rozstrzeliwano, zamykano kościoły, likwidowano parafie.
Kiedy w 1932 roku z rąk arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego otrzymał święcenia kapłańskie i został skierowany do pierwszego miejsca swej posługi, jego przełożony, jak wspominał, powiedział mu, by pełnił tak swą służbę Bogu od pierwszego dnia, jakby miał tam być przez całe życie, mogąc być odwołanym, ot chociażby następnego dnia.
Najwidoczniej słowa te ksiądz prałat pamiętał przez całe życie, bowiem ludzie z jego pierwszej parafii w Turgielach – wówczas dzieci, którym udzielał Pierwszej Komunii Świętej, już jako osoby w sędziwym wieku zachowały w swej pamięci młodego, zawsze dobrotliwie uśmiechającego się i wielce aktywnego kapłana.
Wśród innych cech, wyróżniało go też wielkie poczucie humoru, które nie raz i nie dwa ratowało mu życie, pozwalało znaleźć drogę do niejednego, nawet bardzo zatwardziałego w ateizmie czy niewiedzy serca.
Nie gromił i nie krzyczał – kochał. Prawdziwie, po chrześcijańsku: chciał, by każdy zabłąkany miał przynajmniej szansę na nawrócenie.
Ta miłość i moc ducha czyniła go wyjątkowym, chociaż nigdy nie pełnił ważnych funkcji, nie rezydował w dużych, wielkomiejskich parafiach. Miał je dwie: w Turgielach i Mejszagole. I w jednej, i w drugiej zaskarbił sobie szacunek ludzi i miłość. Sam dawał przykład wielkiego ludzkiego serca: w jego plebanii – „pałacyku”, jak ją żartobliwie nazywał – byli ukrywani, dożywali żywota księża z Wileńszczyzny (i nie tylko), których nowa władza skazywała na jakże gorzki los.
To on w czasach wojującego sowieckiego ateizmu zawsze znajdował sposoby, by wbrew zakazom władz, nie narażając też ludzi (co jest również bardzo ważne), słowo Boże głosić. I zwyciężał. Zwyciężał kochając i ludzie znajdowali do niego drogę, nieraz przybywali z bardzo daleka, nie zawsze byli twardzi w wierze, więc czekali na słowa wsparcia, odpowiedzi na nurtujące ich pytania czy po prostu rozmowę. Miał dla każdego czas, uważał to za swój obowiązek kapłana.
W jego „pałacyku” gościli prezydenci Polski i Litwy: Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski, Valdas Adamkus, dziesiątki młodych księży, ludzie pełniący odpowiedzialne obowiązki i zajmujący wysokie stanowiska, urzędnicy, nauczyciele i rolnicy, robotnicy z fabryk i naukowcy. Przychodzili by go posłuchać, otrzymać radę, czy podzielić się wątpliwościami.
Nie miał takiej władzy, by coś narzucać, czy nakazywać, ale potrafił rozwiać wątpliwości, zdawałoby się w zwykłej rozmowie nawiązać do rzeczy najważniejszych, wskazać priorytety, rozważając pomagał znaleźć odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.
Służył pomocą wszystkim tym, kto chciał, czy pozwalał sobie pomóc. Próg jego plebanii dla nikogo nie był za wysokim progiem. Ten wykształcony, światły człowiek, który do ostatnich miesięcy swego życia ciekawił się wszystkim, co się dzieje w świecie, Ojczyźnie, wśród rodaków był nadzwyczaj mądrym i skromnym człowiekiem, potrafiącym znaleźć odpowiednie słowa w rozmowie i z prezydentem, i z wprost od pługa przybywającym parafianinem.
To już po wielu, wielu latach służenia wiernie Bogu i ludziom przyszły odznaczenia państwowe, uznanie księdza przez władze zarówno kościelne jak i świeckie, też z Polski, do której to nie udał się z falą tzw. repatriantów, kiedy ta odeszła z Wileńszczyzny, chociaż miał do tego moralne prawo: urodził się na Ziemi Łomżyńskiej, tam miał rodzinny dom. Pozostał tu, uważał, że właśnie tu w nowych czasach jest potrzebny. Miały na to niewątpliwie wpływ jego lata nauki na Uniwersytecie Stefana Batorego i w seminarium duchownym w Wilnie, kiedy po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w latach dwudziestolecia międzywojennego, panował tu szczególny duch patriotyzmu, służenia Ojczyźnie i jej ludowi.
Temu duchowi pozostał wierny, szczególnie dbając w swej posłudze kapłańskiej o dzieci. Bo przecież takie miały być Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie. W tym świetle symboliczne jest to, że za życia tego niezwykłego człowieka miejscowa szkoła w parafii, której oddał 61 lat swego kapłaństwa, została nazwana jego imieniem. Dzięki temu imię Jego będzie odkrywane i znane dla wciąż nowych pokoleń dzieci z Wileńszczyzny – jego miejsca na ziemi z wyboru.
Cześć i pamięć
Polacy na Litwie nazywają księdza Józefa Obrembskiego patriarchą Wileńszczyzny. Dziś w Mejszagole, przy Jego „pałacyku” znajduje się jego pomnik, a plebania została przekształcona w 2013 r. w Muzeum Księdza Prałata Józefa Obrembskiego i zgodnie z wolą prałata wyrażoną w testamencie, jest to muzeum kapłanów Wileńszczyzny.
Za wieloletnie zasługi w krzewieniu wiary i polskości dostojny kapłan został wyróżniony Złotą Odznaką Zasługi RP, medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który w 1994 roku wręczył mu prezydent Lech Wałęsa. W 2001 roku prałatowi został nadany tytuł Honorowego Obywatela Rejonu Wileńskiego.
Józef Obrembski otrzymał jako pierwszy na Litwie Kartę Polaka, a w 2011 roku prezydent Polski Bronisław Komorowski uhonorował duchownego Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP.
W czerwcu 2018 roku, w 7. rocznicę śmierci księdza prałata, mieszkańcy Mejszagoły wystąpili z inicjatywą wyniesienia na ołtarze ks. prałata Józefa Obrembskiego. W czerwcu br. minie 15 lat odkąd czcigodny kapłan odszedł do Pana. W ciągu tych lat nigdy nie był zapomniany: w Jego „pałacyku” odbywają się józefinki i konferencje naukowe, spotkania, przybywają wycieczki. Pielgrzymki ku Jego czci zbierają rzesze wiernych, wiele inicjatyw rodzi się z Jego imieniem... Jest wciąż obecny...
W niedzielę, 22 marca w Mejszagole pamięć o Nim zostanie uczczona Mszą św. w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w intencji o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego księdza prałata Józefa, Apelem przy grobie czcigodnego kapłana oraz uroczystą akademią.
Przywołując pamięć o czcigodnym kapłanie warto sięgnąć po jego wspomnienia i rozważania, wypowiedziane przed kilkoma dziesięcioleciami, które znalazły się w wydanej w 1996 roku w Wydawnictwie Polskim w Wilnie książce „Żywot jak słońce” – Wspomnienia księdza prałata Józefa Obrembskiego. Spisał i opracował je Jan Sienkiewicz. Dają obraz tego, czym była dla Niego Ziemia Wileńska i co chciał nam, potomnym, przekazać.
Ziemia Wileńska
„(...) Kiedyś Bułhaka spytano: Dlaczego ludzie tak kochają Wilno? Odpowiada: Bo Wilno ma Matkę, co siedzi w Bramie i wita wszystkich przy bywających.
Ta Ziemia Wileńska jest droga dla wszystkich, nie tylko dla tych, którzy się tu urodzili. Ta granica, jaką Polskę podzielono, sprawiła, że po tamtej stronie, zwłaszcza wśród młodzieży, słabe jest dziś przywiązanie do tej naszej Ziemi Wileńskiej.
Potrzebne jest rzetelne wychowanie i nauczanie, żeby młodzież była odporna na fałszowanie faktów historycznych, na fałszywe nauki.
To bardzo dobrze, że teraz wprowadzili religię w szkołach. Dzieci, młodzież mają teraz drogę do kościoła krótszą i prostszą, nikt na tej drodze przeszkód nie stawia. Ale szkoła to jeszcze nie wszystko. Najważniejsza jest jednak akademia, jaką się ma w domu – matka, ojciec, wspólna modlitwa, przykład i wzór do naśladowania, nakazy i zakazy, które zapadają najgłębiej.
Kiedy w 18 roku Polska po rozbiorach się odrodziła, też było dużo niedobrych rzeczy, niedobrych skutków rozbiorów. Ale wtedy wielce pomocna była religia. Nawet car, najgorszy z trzech władców, co Polską rządzili, rusyfikował i zachowywał się bardzo nieładnie, ale przecież i on zapędzał ludzi do cerkwi.
Jak to będzie teraz, po tym, jak odszedł władca stokroć gorszy od cara, władca, który religię z całym rozmysłem i zaciekłością zwalczał? Trudno prorokować. Zniszczono przez 50 lat wiele dobra, wiele rzeczy trzeba naprawiać. Trudno będzie przez dłuższy czas, ale i narzekać za dużo nie warto. Często mówię do wiernych: Nie narzekajmy na naszą młodzież. Gdybym ja musiał spędzić dzieciństwo i młodość w warunkach, jakie oni mają, to ja chyba byłbym jeszcze gorszy. Trzeba jednak mieć tę pewność, że zrodzą się bohaterskie duchy wiary, myśli i czynu, pełne poświęcenia, pełne mocy.
Kiedy generał Żeligowski wyjeżdżał jako poseł do Warszawy, miałem z nim kilkugodzinną rozmowę. Prosiłem go: Panie generale, z ławy poselskiej proszę zwrócić uwagę, że z góry, z urzędów państwowych płynie jakiś duch zarażony. My tu nie rozumiemy, dlaczego młodzieży już się nie zaleca czytać Sienkiewicza, dlaczego jego bohaterowie stali się już Polakom niepotrzebni. Kto taką politykę prowadzi? W jakim to jest celu?
Literatura naszych Wieszczów, Mickiewicza, Sienkiewicza była potrzebna w czasie zaborów, była potrzebna, kiedy Polska odzyskała niepodległość i jest potrzebna nadal – i tam, za Kuźnicą, i tu, na Wileńszczyźnie.
Polacy w Wilnie, na Wileńszczyźnie to ludzie wysokiej kultury. Oni się wyróżniają spośród innych, nawet mimo tego, że inteligencja została stąd cała wywieziona, na wschód czy na zachód. Ta polskość jest tu pokrzywdzona, a mimo to bardzo żywotna. To prawda, brak wzorów, brak przykładu osobistego, rodzinnego sprawił, że Polacy – z chęci zysku czy może ze strachu – za mało swoją polskość podkreślają i przy niej obstają. Są rodzice, którzy po prostu krzywdzą dzieci posyłając je do szkół w obcym języku, przedtem rosyjskich, teraz litewskich. Krzywdzą nawet w sensie religijnym, bo dziecko już umie paciorek po polsku, innych ważnych rzeczy uczy się w innym języku, więc powstaje rozdwojenie, rozdarcie, dziecko opuszcza jedną drogę, bo mu każą iść inną, mówią inne rzeczy, inaczej przedstawiają historię. To jest kaleczenie dzieci i winni są rodzice, jeśli na to pozwalają.
Kiedy przyjechałem do Mejszagoły w 50. roku, to może tylko jednego człowieka spotkałem mówiącego po litewsku. A na bramie kościelnej zobaczyłem napis, sprzed 250 czy więcej lat, po polsku: „Kto tę kaplicę omija, niech zmówi Zdrowaś Maryja”. Nazwiska z archiwum kościelnego, sprzed ponad trzystu lat, są te same, co teraz mają moi parafianie, nazwiska polskie.
Dlaczego stolica Litwy nie była od początku w Wilnie? Dlaczego najpierw w Kiernowie, potem w Trokach, a dopiero później w Wilnie? Dlaczego w Wilnie i wokół Wilna mówi się po polsku, a w stronę Oszmiany, Ostrowca – po prostemu, a nie po litewsku? To daje do myślenia. Poczucie polskości jest tu bardzo mocne. I na Wileńszczyźnie, i na Grodzieńszczyźnie – na tej tak zwanej Białorusi. Tam, gdzie otwierają kościoły, tam wierni chcą, żeby nabożeństwo było odprawiane po polsku.
Litwa to jest Litwa. Litwa swoją drogą, a Wileńszczyzna – swoją ścieżką. Wilno jest dziś w składzie Litwy, ale Wilno i Wileńszczyzna mają charakter zupełnie inny niż reszta Litwy. Choć wiele tu polskości wyniszczono, kultura polska, świadomość polska, poczucie narodowej godności są tu jeszcze obecne.
Tłumaczę, kto mnie chce słuchać, że gdyby armia polska przegrała w 20. roku pod Warszawą, nie byłoby ani jednej chwili wolnej Litwy, wolnej Estonii ani Łotwy. Pod Warszawą była bitwa również o wolność tych narodów i państw. Kto temu zaprzecza, kto o tym nie chce pamiętać, ten rozmija się z historyczną prawdą. Nie wiem, czy bracia Litwini ten bezsprzeczny fakt mają w swojej świadomości. Może i tak, ale swoim postępowaniem jakby często temu zaprzeczają. Mówię do nich nieraz: Ta wasza gwałtowna robota przeciwko polskości to wam samym szkodę przynosi. Jakoś nie chcą słuchać. A przecież ta niechęć do nas jest na rękę nieprzyjacielom litewskości prawdziwym. Tyle razy już historia tego dowodziła. Tylko jak to braciom Litwinom wyjaśnić?
Polskość na Litwie przetrwała w większym stopniu niż na dzisiejszej Białorusi czy Ukrainie. Znaczenie chyba decydujące miało to, że tu nie było konfliktu na tle religijnym, że Kościół katolicki nie miał tu za przeciwnika całkowicie opanowanego w Rosji przez sowietów kościoła prawosławnego. Duchowieństwa katolickiego i tu ubywało systematycznie, do seminarium przyjmowano o wiele mniej młodzieży, niż była potrzeba: przyjmowano po 4-5, 6-8, a umierało po 20 kilku kapłanów. Była tolikwidacja duchowieństwa – bez przelewu krwi.
Na wschód od Wilna polskość ucierpiała bardziej, bo tam większemu zniszczeniu uległo życie religijne. Powstawało wrażenie, że władze mają jakieś miesięczne czy roczne plany likwidacji parafii, wysyłania na Syberię księży, każdy dostawał niezmiennie po 25 lat. Na obszarze, gdzie i 250 księży było za mało, zostało wkrótce zaledwie trzydziestu. Choć wszystkich gwałtem pisano na Białorusinów, nikt nie miał cienia wątpliwości: to jest rusyfikacja. Tu, na Wileńszczyźnie, jednak było łatwiej. Wilno, 57 rok, 25-lecie mojego kapłaństwa: mam 35 księży na uroczystościach, a z nich chyba tylko czterech Litwinów.
Poziom kulturalny, inteligencja słabnie nie tylko dlatego, że wielu stąd wyjechało. Słabnie również dlatego, że dziecko w domu mówi jednym językiem, a poza domem innym. Kilka lat dziecko musi opanowywać inny język, tymczasem na przedmiot czasu nie zostaje. Takiemu potem trudniej jest się wybić.
Jest więc pewna różnica między tą stroną od Wilna a tamtą. Duch – to zmierzyć bardzo trudno, na zewnątrz jednak wygląda, że tu polskość jest mocniejsza, głębsza, bogatsza w formach.
Księży Polaków jest coraz mniej, ale ludzie chcą mieć u siebie kapłana Polaka. Oczywiście, znam wiele przypadków, kiedy parafianie żyją w doskonałej zgodzie z księdzem Litwinem i jemu się wśród nich podoba. Tym niemniej, kiedy można czy trzeba wybierać między Litwinem a Polakiem, to nawet nie wiedząc o tych kapłanach nic więcej, ludzie wybraliby Polaka. I to nie jest tak, że swój do swego. To jest gorzkie doświadczenie: co poniektórzy księża Litwini w parafiach polskich jednak ciągną na swoje, chcieliby przekabacić parafian na litewskość.
Ja nie doznałem od Litwinów przykrości. Wręcz przeciwnie – wyświadczyli mi wiele dobrego. Trzeba bardzo wyraźnie rozróżniać między politykami, czasem politykierami, a uczciwym, pracowitym narodem litewskim. Z wdzięcznością wspominam też Izraelitów, zwłaszcza Zingera w Turgielach, który mnie nieraz ostrzegał przed przysyłanymi do parafii na przeszpiegi funkcjonariuszami NKWD. Ludzie na rządowych posadach – Rosjanie, Litwini, mahometanie – często okazywali mi w życiu pomoc. Eiberg, Austriak, uratował mi życie.
Co mi się wydaje dla nas tutaj ważne na dziś? Ważne są wszystkie formy narodowego istnienia: i mowa, i śpiew, i literatura, i różna twórczość, ale bardzo jest ważne, by był mocny fundament, na którym to mogłoby stać i kwitnąć, a nie zanikać. Ten fundament, ta opoka – to religia. Potrzebny jest też, a jakże, dostatek, dobrobyt, bo na głodny żołądek słabe śpiewy, nawet jak się zbierze i tuzin patriotów. Jest niedobrze być zbyt bogatym, ale nie lepiej jest też być zupełnie biednym. Niech więc jeden pisze wierszyki, a drugi zarabia pieniądze i niech sobie nawzajem nie mówią, że jeden jest lepszy od drugiego, bo i pieniądze, i wierszyki są potrzebne.
Ten fundament to również wspólnota między ludźmi. Jest niezmiennie ważne, żeby ludzie jak najczęściej bywali ze sobą, nie zaszywali się każdy pod swoją strzechą, lecz wychodzili do siebie, bywali razem.
Trzeba, żeby nauczyciel z uczniem bywali też w innych sytuacjach, niż tylko na lekcjach. Tu też potrzebne jest poczucie wspólnoty ucznia z nauczycielem, poczucie jedności, a nie tylko tradycyjnie: jeden uczy – drugi uczy się i kombinuje, żeby jak najmniejszym wysiłkiem. Jak nauczyciel pozornie do poziomu ucznia zejdzie, to on naprawdę nie obniża się, lecz podnosi i jego autorytet rośnie, i naucza wtedy o wiele skuteczniej.
Wychowanie jest wtedy tylko skuteczne, kiedy biorą w nim udział: rodzina przede wszystkim, szkoła, Kościół i państwo. Jeśli wszyscy pracują zgodnie, cel zostaje osiągnięty. Jeśli któreś ciągnie tylko w swoja stronę, inne muszą brać na siebie tę część zadania. Wydaje się, że na nas tu spada część roboty, którą normalnie musiałoby wykonywać państwo. Ale taka jest nasza sytuacja.
Tutejsi ludzie mówią czasem, że politycy, mężowie stanu w Rzeczypospolitej, niezależnie od ich koloru, wykazują za mało troski o rodaków na wschód od Buga, szczególnie o tych dalszych. Kiedy tu przyjechałem, jeszcze w latach trzydziestych poznałem sporo ludzi z Litwy Kowieńskiej. Podziwiałem ich patriotyzm, poświęcenie, miłość do Ojczyzny, miłość języka. Jak oni byli zorganizowani: życie kulturalne, teatry, pisma! Byli narażeni na różnego rodzaju nieprzyjemności z powodu swojego języka, swojej polskości. I już oni wtedy mówili z goryczą: Za mało odczuwamy tej troski ze strony Warszawy.
Czy dzisiaj rodacy na Kowieńszczyźnie, Polacy na Białorusi, Ukrainie, w Rosji mają uwagi, troski tyle, ile potrzebują, na ile zasługują? Czy aby Wileńszczyzna nie jest dziś traktowana przez władze nad Wisłą tak samo, jak Kowieńszczyzna przed wojną?
Nie wchodzę w bieżące sprawy polityczne, patrzę z trochę dalszej perspektywy czasowej, a z tej perspektywy widać, że Polska w swojej polityce zagranicznej jest jakaś zbyt ostrożna, zbyt oględna, zbyt stara się nikogo nie urazić, a taki sposób nie czyni polityki skuteczną. Nieraz nawet u siebie w kościele mówię do parafian: Słuchajcie, bierzcie przykład z Litwinów, jak oni kochają swój język, jak dbają o swoją narodowość. Dlaczego wam, Polakom, tego brakuje? Kto wam tego broni?
A może w tym właśnie jest palec Boży dla nas? Może tak trzeba, żebyśmy nie oglądali się na cudzą pomoc i liczyli przede wszystkim na siebie? Żeby spośród nas wyrastali bohaterowie ducha? Z naszego poświęcenia, z naszej odwagi i nieustępliwości? Wszak nie możemy zdradzić naszych przodków, którzy nie bali się więzienia ani Sybiru, byli mocnej wiary i rozumieli, czym jest Ojczyzna, czego od nas wymaga i co nad daje. Ojciec i matka, i język, i nauka, i pomnik na cmentarzu – to wszystko jest Ojczyzna. Ojczyzna wymaga od nas czci i miłości dla siebie – ale nie bezczynnej. Ta cześć i miłość musi być w konkretnej pracy, w konkretnym działaniu.
Pochodnie życia ludzkiego, chrześcijańskiego są dziś mocno przygaszone. Żeby je na nowo rozpalić, trzeba dużo czasu i starań. Czeka nas wielka robota. Nie wiadomo, ile zdążymy zrobić. Ale robić trzeba. Uparcie i nieustępliwie”.
Jakże mądre i proste słowa, wciąż aktualne pomimo upływu lat...
Janina Lisiewicz
Nasza Gazeta
nr 6 (1560)



Komentarze
A w pamięci Wilniuków, w naszej pamięci, jest nim do dziś i zawsze.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.