Rządząca od skandalu do skandalu Podemos zaszokowała właśnie Hiszpanów swą kolejną decyzją o zalegalizowaniu statusu ponad pół miliona nielegalnych migrantów, którzy jednym podpisem socjalistyczno-komunistycznego rządu stali się legalnymi mieszkańcami kraju na Pirenejach. Szokujące postanowienie rządu Hiszpanii jest groźne nie tylko dla tego kraju, ale też dla całej Unii Europejskiej, bowiem zalegalizowani mieszkańcy kraju Kolumba staną się pełnoprawnymi członkami też całej Unii z prawem swobodnego przemieszczania się w jej granicach oraz korzystania z praw socjalnych, usług zdrowotnych etc. Nic dziwnego więc, że hiszpańskie reminiscencje z przemianą nielegalnych migrantów na legalnych obywateli wywołały duże zamieszanie i konsternację w innych europejskich krajach. W Polsce politycy odpowiedzialni, dbali o bezpieczeństwo państwa z niedowierzaniem przyjęli działania hiszpańskiego rządu, uznając je za kolejne szaleństwo europejskiej lewicy. Polska lewica z kolei zapiała wręcz z zachwytu. Europoseł Śmiszek zapiał w te oto słowy: „Widzę że skrajne prawactwo w furii, bo Hiszpania uregulowała status 500 tys. migrantów. Boją się jakiejś wyimaginowanej „Wielkiej Podmiany”. Ciągle się czegoś boją. W Polsce też przyszedł już czas na poważną rozmowę o szerszym włączeniu migrantów w życie społeczne i polityczne”.
Potem jeszcze dośpiewał, o co mu w rzeczywitości chodzi: „My jako lewica jesteśmy dla nich pierwszym wyborem (w wyborach) – i niech tak zostanie”, objaśnił bez żenady. Śmiszek zatem kombinuje jak Montero w Hiszpanii – czym więcej nielegalnych migrantów pozyska prawo wyborcze, tym więcej głosów dla lewicy. Gratulujemy pazerności i bezmyślności politycznej zarazem. Appalachy bezmyślności i Himalaje hipokryzji, to przecież znak firmowy wszelkiej lewicy. Mecenas Bartosz Lewandowski pyta zatem Śmiszka, „czy przechadzając się po muzułmańskiej dzielnicy Molenbeek w Brukseli swobodnie trzyma się Pan za rękę z partnerem i okazuje czułość czy jednak koncentruje się Pan na trzymaniu torby z komputerem i portfelem, aby nikt Panu jej nie wyrwał?
Molenbeek, wyjaśnijmy dla niezorientowanych, jest słynną strefą no-go w Brukseli opanowaną przez muzułmanów, Śmiszek zaś „czuły” jest wobec Biedronia, z którym jednopłciowo się mają ku sobie, więc mecenas logicznie dopytuje: czy setki tysięcy nowych muzułmanów pozytywnie wpłynie na jego osobisty komfort oraz stan bezpieczeństwa, czy wręcz odwrotnie? Jest to pytanie, rzecz oczywista, retoryczne. Nie wymaga odpowiedzi. Gdyby Śmiszek był inteligentny nawet o 180 stopni, to i tak rozumiałby, że czule trzymając się za rączkę z Biedroniem nie przejdzie się ani po Molenbeeku, ani po żadnej innej dzielnicy europejskiej metropolii zdominowanej przez wyznawców Allacha, bo spotka go tam niepowetowana nieprzyjemność. Może nawet poważna trauma od kamienia czy pięści. Tyle że Śmiszek rozumiejąc to dokładnie, myśli w kategoriach doraźnych. Jemu i jego lewicy głosy muzułmańskich migrantów potrzebne są teraz, co zaś będzie z Europą za dekadę bądź dwie, interesuje go tyle co najbardziej nawet atrakcyjna blondynka. I jedno i drugie ma w tyle, jakby zaśpiewał Kuba Sienkiewicz.
Jak trudno jest sprzątać po rządach skrajnej lewicy, przekonują nas wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, gdzie administracja Donalda Trumpa próbuje wydalać z kraju nielegalnych migrantów, wpuszczonych za rządów „śpiącego” Joe w liczbie ponad 10 milionów. Wielu z nich uciekło do USA przed wymiarem sprawiedliwości w krajach macierzystych, gdzie ścigani byli za przestępstwa kryminalne jako za handel narkotykami, rozboje, zabójstwa. Dziś kryją się w dużych amerykańskich metropoliach tzw. „sanktuariach miłosierdzia” na papierach „biednych ludzi”, gdzie ich przed deportacją przez służby federalne jak ICE (administracja ds. migracji i ceł) chronią lokalne władze z ramienia demokratów, co to poglądowo są bliźniacze z Monterą i Śmiszkiem. Dochodzi więc niemal do wojny amerykańsko-amerykańskiej, w której skrajna lewica atakuje urzędników administracji federalnej brutalnie i z impetem. W Minneapolis w ten sposób doszło do podwójnej tragedii – śmiertelnego postrzelenia agresywnych demonstrantów przez urzędników ICE. Taka eskalacja jest na rękę elitom lewicowo-liberalnych salonów, bo pozwala utrzymywać podziały w kraju, potęgować napięcie potrzebne do politycznego atakowania znienawidzonego prezydenta Trumpa, którego w retoryce skrajnej lewicy mianuje się głównym „faszystą” w państwie pierwszej demokratycznej Konstytucji na świecie. Anne Applebaum, czołowa lansatorka tej idei, dla „La Repubblica” mówi, że jest to jej bardzo przemyślana i świadoma narracja. Ba, Trumpa przyrównuje wręcz do Hitlera, bo „skala i charakter zjawisk obserwowanych dziś w USA” (jej zdaniem) to uzasadnia. Lewicowa dziennikarka podzieliła w ten sposób amerykańskie społeczeństwo na „faszystów” oraz wrażliwych i postępowych demokratów. „Faszystami”, jako już rzekło się, są Trump oraz otaczające go skrajne grupy, z których Applebaum wyróżnia trzy podstawowe: „Są to chrześcijańscy nacjonaliści, których głównym celem jest obalenie świeckiego państwa, a stworzenie (...) fundamentalistycznego; są to biali nacjonaliści, dążący do społeczeństwa z segregacją (...); i jest to część świata technologicznego, często określanego jako techno-prawica, której nie zależy już na amerykańskiej demokracji”. Cóż, niezbyt skomplikowanymi uproszczeniami posługuje się Miss Applebaum, typowymi dla lewicowych myślicieli. Charakteryzuje się to myślenie tym, że jest w nim zero myślenia, zero logiki, zero odpowiedzialności, zero prawdy. Postępowe lewicowe elity tak już mają. Rządzą, ale nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swe rządzenie, fakty przedstawiają wybiórczo pod własną tezę, gwałcąc przy okazji logikę. No, i prawdę mają w poważaniu głębokim albo tam, jak śpiewa o tym Kuba Sienkiewicz. I dlatego to bez żenady zamykali oczy, gdy miliony nielegalnych migrantów wdzierało się w granice ich państwa, łamiąc – rzecz jasna – prawo. Wtedy była cisza grobowa po stronie lewicy. Gdy Trump próbuje egzekwować prawo, dążąc do deportacji nielegalnych migrantów, wtedy nagle lewica przypomina sobie o ...prawie, prawie międzynarodowym, o wszelkich prawach człowieka, o Konstytucji i państwie prawa.
Śmiszkowi, Montero czy amerykańskim demokratom chodzi rzecz jasna o jedno i to samo – podmianę społeczeństwa oraz własny sukces wyborczy. Dlatego jakakolwiek rzeczowa debata o nielegalnej migracji nie jest z nimi możliwa. Stąd jest, moim zdaniem, zupełnie rzeczowy i logiczny apel kilkunastu konserwatywnych think tanków, które, widząc celową bezradność Brukseli w temacie migracji, apelują, aby zabrać jej kompetencje w tym zakresie i przywrócić je państwom narodowym. „Bruksela, ze swoimi opóźnieniami, brakiem ambicji, dogmatyzmem, chroniczną nieskutecznością i pobłażliwym orzecznictwem, w dużej mierze odpowiada za obecny impas i nie jest w stanie rozwiązać tego fundamentalnego problemu”, uzasadniają eksperci, a poseł z PL Tomasz Grabarczyk (wtórując) przestrzega przed politykami pokroju Śmiszka czy Montero – „nigdy nie idźmy drogą tych zaburzonych ludzi”, woła.
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.