Taki scenariusz zresztą wydaje się potwierdzać Arvydas Avulis, właściciel Hammer, jednej z największych firm na litewskim rynku budowlanym. Rekin budowlanki bardzo się cieszy z nadarzającej się okazji. Oczywiście, cieszy się w pierwszą kolej, że będzie mógł przysłużyć się wojsku. Jest przecież patriotą, o czym sam mówił w TV3. A że przy okazji skupi wymarzone, łakome tereny w stolicy pod swe inwestycje po bardzo atrakcyjnych cenach, to rzecz wtórna. Grunt, żeby wojsku pomóc.
Avulis zaciera więc ręce, bo ziemi – jak obiecuje mer – będzie dużo. A więc siłą rzeczy i jej cena na aukcjach spadnie, bo takie są zasady rynku. Czym większa podaż, tym ceny są niższe. Jest to elementarz biznesu. Wygląda jednak że Benkunskas tego elementarza nie przeczytał. Albo może nawet bardzo dobrze przeczytał, dlatego właśnie setki hektarów zamierza wystawić na aukcje a nie po rynkowej cenie sprzedawać. Kas paneigs, kad.... W takich sytuacjach zazwyczaj mówią Litwini sugerując, że sprawa ma drugie dno. Nie wiem, ile den ma opisywana historia. Ale fakt, że Avulis jest kontent. Widzi w masowej parcelacji najatrakcyjniejszych wileńskich terenów same dobro. Bo skoro ceny spadną, to – jego zdaniem – „wygrają wszyscy”. I potencjalni nabywcy nieruchomości, którzy za metr kwadratowy zapłacą mniej, i wojsko, bo wzbogaci swój budżet, i – rzecz oczywista – „Hammer”, bo zaliczy nadoczekiwane zyski. Mer zaliczy jedynie skromne miano ...bezinteresownego mecenasa litewskiej armii. Rewelacja.
A co z tymi, którzy nie wygrają? Będą nimi zwykli wilnianie. Ich miasto zostanie rozparcelowane do ostatniego ara w szczególności tam, gdzie jest on najdroższy, „karkas” przyrodniczy stolicy, jak to się mówi w języku fachowym architektów, będzie wytrzebiony, odgrodzony wysokimi płotami do wyłącznego użytku klasy uprzywiliowanej. Byli właściciele ziemi w Wilnie zostaną z niczym. Wojsku trochę skapnie na aukcjach, ale nie tyle, ile mogłoby skapnąć po cenie rynkowej. Mer Benkunskas jednak to wszystko ignoruje. Odgraża się, że jeżeli jego plan nie przejdzie, to za niedługi czas ziemia zamiast do inwestorów trafi za darmo do okupantów.
Dla „genialnego” Benkunskasa miałbym jednak jeden prosty rachunek do policzenia: jaki paragon jest większy? Ten z 1mld euro, który zamierza pozyskać z parcelacji ziemi w stolicy, czy – może – 13 mld, jakie konserwatyści za swych rządów zaplanowali lekką ręką wydać na „zieloną gospodarkę”. Chwaliła się tym wiceministra finansów za czasów rządów konserwatystów Vaida Česnulavičiutė-Markevičienė, która w ramach absolutnych priorytetów przeznaczyła z kasy publicznej 13,88 mld euro na łagodzenie skutków zmian klimatycznych w najbliższej dekadzie – do roku 2030. Miał to być absolutny priorytet rządu konserwatystów i liberałów, bo takowy Litwie (no oczywiście i wszystkim innym krajom UE) wytyczyła Bruksela. Gdybym był Benkunskasem, spytałbym wiceministrę: czy nie lepiej byłoby te pieniądze wydać na wojsko, bo przecież inaczej wszelkie profity potencjalnie płynące z Zielonego ładu i tak przypadną okupantom.
Benkunskas też mógłby o to swą ministrę finansów zapytać, ale nie zapytał, bo – może – nie umie liczyć do trzynastu. Ponadto – jeżeli tak na serio – to te 13,88 mld euro mogą pójść nie w zieloną gospodarkę, tylko w ...błoto. Bo „zielona rewolucja zaczyna się kończyć”, wieszczy coraz więcej ekspertów z głowami wolnymi od ideologii. „Rozumieją to producenci wiatraków i fotowoltaiki oraz ich polityczni i finansowi sponsorzy, którzy chcą sprzedać całe to dziadostwo, zanim się skończy”, mówi bez owijania w bawełnę dziennikarz ekonomiczny, autor filmu „Odnawialne źródło pieniędzy” Mateusz Dziaduszycki. Powołując się na wielu inżynierów, „którzy umieją liczyć kilowaty”, twierdzi, że system energii odnawialnej jest chory. Istnieje tylko dzięki dofinansowaniu z naszych podatków. „System energii odnawialnej jest pasożytem na reszcie systemu energetycznego”, przekonuje dziennikarz-ekspert. Udowadnia też na prostych przykładach, że system OZE nie tylko że finansowo nie jest opłacalny, bo jest nawet 10-krotnie droższy od energii tradycyjnej z atomu i gazu, dla przykładu, ale też nie ekologiczny. Dlaczego nie ekologiczny? Bo farmy wiatrowe czy słoneczne potrzebują nawet 100 razy więcej miejsca niż stacje gazowe czy atomowe. A to oznacza ingerencje w ekosystemy, trzebienie lasów, niszczenie zasobów przyrodniczych. Pomijamy już niestabilność źródeł odnawialnych, które są w 100 proc. zależne od wiatru czy słońca, dlatego muszą mieć zabezpieczenie w postaci tradycyjnych źródeł energii.
Mając powyższe na uwadze stawiam pytanie: może ojczyzna i wojsko bardziej zyskali, jeżeli by konserwatyści zamiast parcelacji Wilna wycofaliby miliardy z ideologicznych projektów, od których świat już zaczyna się odwracać...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.