Radość z cudzej szkody ma w psychologii nawet swoją nazwę: Schadenfreude (z j. niemieckiego: schaden to krzywda, a freude to radość). Jest to wprawdzie wstydliwą, ale bardzo powszechną emocją ‒ znaną ludzkości właściwie od zarania dziejów. Starożytni Grecy nazywali ją epichairekakia, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza radowanie się ze zła, a Rzymianie określali ten stan jako malevolentia. Co ciekawe, wcale go nie potępiali. Rzymski poeta i filozof Lukrecjusz podkreślał, że to nie oznaka moralnego upadku, a poszukiwanie ulgi. Oto czyjś okręt tonie, a my przyglądamy się temu, stojąc bezpiecznie na brzegu. „Błogo jest widzieć, jakie zło nas nie dotyka” ‒ pisał w swoim dziele „O naturze rzeczy”.
Jednym z powodów, dla których czujemy schadenfreude, jest więc sam fakt, że coś, co jest złe, tym razem nie dotyczy nas ‒ my ocaleliśmy. To naprawdę pokrzepiające! Psychologowie z Uniwersytetu Emory w USA zaproponowali „trójdzielny” model schadenfreude oparty na założeniu, że głęboko zakorzenione mechanizmy związane z przetrwaniem mogą skłaniać nas do postrzegania innych ludzi jako nie w pełni ludzkich. W uproszczeniu ‒ na tę krótką chwilę, w której czujemy radość z cudzego nieszczęścia, stajemy się... psychopatami. Przechodzimy tymczasowy proces podobny do tego, którego doświadczają osoby o wysokim poziomie psychopatycznych cech osobowości: dehumanizujemy obiekt tego uczucia, tracąc motywację do wnikania w jej umysł, podobnie jak psychopaci. Choć brzmi to przerażająco, skłonność ta ma ewolucyjne uzasadnienie.
Przyjemność czerpana z czyjegoś nieszczęścia nie jest pojedynczą, monolityczną emocją, a złożonym i wielowymiarowym zjawiskiem, którego siłą napędową są trzy odrębne, podstawowe motywacje: agresja, rywalizacja i sprawiedliwość. Radość z cudzych sukcesów jest piękną i szlachetną ideą, ale gdyby zejść na ziemię, to zauważyć trzeba, że rywalizujemy ze sobą bezustannie, a w obliczu tego cudza porażka często poprawia naszą pozycję w wyścigu ‒ nasze szanse na prowadzenie rosną i to bez naszego udziału, z czego trudno choć odrobinę się nie ucieszyć. Badania neuronaukowe pokazują, że doświadczanie schadenfreude aktywuje ośrodki nagrody w mózgu. Neuroobrazowanie mózgu ujawnia, że gdy jesteśmy świadkami upadku kogoś, komu zazdrościmy lub zwyczajnie go nie lubimy, aktywuje się prążkowie brzuszne – ten sam ośrodek nagrody, który jest związany z przyjemnością, jedzeniem i zyskiem finansowym. Po prostu czujemy się lepiej.
Dla równowagi warto pamiętać, że istnieje coś takiego jak freudenfreude ‒ pojęcie ukute przez psychologów w ostatnich latach, dosłowny antonim dla schadenfreude, oznaczające autentyczne radowanie się sukcesami drugiej osoby. Od ponad dekady bada je Cathy Chambliss, profesor psychologii na Ursinus College, i przekonuje, że choć nie jest łatwo się tego nauczyć, ta kompetencja szalenie się opłaca. Tym, co pomaga przejść na tę jasną stronę mocy, jest uważność. Dzięki niej możesz zdecydować, czy kontrolę w danej sytuacji przejmie twoja natura rywalizacji, czy też troskliwa strona twojej osobowości, do której, jeśli zechcesz i trochę potrenujesz, też możesz zyskać dostęp. Co istotne, taka postawa to wcale nie altruizm, a czysty, ale zdrowy egoizm. Robisz to dla siebie! [zwierciadło.pl]
Rota


