Te niewątpliwe sukcesy dają satysfakcję i poczucie pewności siebie ukraińskim politykom, którzy są coraz bardziej asertywni, buńczuczni wręcz wobec swego największego dobrodzieja – Polski, jaka na początku wojny najdosłowniej uratowała Ukraińcom skórę, a Ukrainę przed całkowitym upadkiem. Dziś w ramach „wdzięczności” elity ukraińskie impertynencko rzucają Warszawie w twarz, że będą gloryfikować ludobójców z UPA i nikt ich nie będzie pouczać, jakich bohaterów mają szanować. To wygląda trochę tak, jakby Niemcy dziś oznajmili światu, że będą admirować i stawiać pomniki takim wybitnym swym przodkom jak Hitler, Goebbels, Himmler czy jakikolwiek inny nazista, bo nikt nie będzie im ze strony nakazywać, jakich bohaterów mają sobie wybierać.
Były premier RP Mateusz Morawiecki usłyszał zachętę profesora Marciniaka „uprawiania polityki’ wobec Ukrainy, bo odpowiedział trafnie na kolejną prowokację Kijowa: „Ukraina nie będzie nam mówić, że ludobójcy z UPA i Bandera są „bohaterami”, których nikt nie ma prawa oceniać. Polska ma nie tylko prawo, ale obowiązek powiedzieć jasno: kult zbrodniarzy odpowiedzialnych za mordowanie polskich dzieci, kobiet i całych wsi zamyka Ukrainie drogę do europejskiej wspólnoty wartości”. Nierozgarniętym banderowcom tylko tak można przemówić do rozumu. Mówiąc wprost, że nie będzie „żadnego zamykania etapów negocjacyjnych Ukrainy z UE bez pełnej zgody na prawdę historyczną, ekshumacje i zakończenie kultu UPA, OUN, SS Galizien, Bandery, Szuchewycza, Doncewa, Melnyka i innych zbrodniarzy”.
Czyli, innymi słowy, ze swoimi „bohaterami” – sadystami i okrutnymi zabójcami, którzy stali się etalonem waszych wartości, natchnieniem do naśladowania ich czynów „bohaterskich” (bo gloryfikowanie zakłada, iż gloryfikujący w odpowiednim momencie dziejowym są w stanie – w razie potrzeby – powtórzyć czyny gloryfikowanych) – to pozostaniecie w szarej strefie bezprawia, w ciemnej dziurze niepewności, jako państwo kadłubowe pomiędzy agresywną Rosją, a Europą, do której tak gorąco deklarowaliście chęć przystąpienia na Majdanie. „Ukraina ce Europa” – było głównym hasłem Majdanu, przypomnijmy i dodajmy, że chodziło o Ukrainę wolną od postkomunistycznych zaszłości, z główną jej cechą – korupcją, ale też od totalitarnej, banderowskiej karty z okresu II wojny światowej. Pamiętamy przecież, jak próbowano na początku szowinistyczny tzw. „Prawy sektor” izolować od demokratów na Majdanie, jak Tiahnyboka, lidera nacjonalistycznej i banderowskiej partii „Swoboda” nie chciano początkowo włączyć do grupy negocjacyjnej Majdanu ze stroną prezydencką Janukowycza oraz europejskimi rozjemcami. Ostatecznie jak się już pojawił w swej ukraińskiej switce - na zasadzie jedności i pluralizmu Majdanu - wśród europejskich dyplomatów, to każdy z nich robił wszystko, by tylko uniknąć wspólnego zdjęcia z przedstawicielem „skrajnej prawicy”. A jak jest dziś? Jak daleką drogę przeszła pomajdanowa Ukraina w temacie najpierw oswajania z banderyzmem Ukraińców, a potem jego czczenia. To co było kiedyś wstydliwe, obciążające, nieprzystojne, od czego próbowali się dystansować demokratyczni politycy w Kijowie – dziś stało się normą. Ba, nie tylko normą, więcej – kultem. Kultem oficjalnym, państwowym, którego Kijów broni jak niepodległości, nawet bardziej niż samej linii frontu z Moskalami.
Zełenski oprócz tego, że odważnie broni swój kraj przed agresją Rosji, to mentalnością nie wiele odbiega od swych postsowieckich wrogów. Jest cyniczny, obcesowy, licytujący w grze z zachodnimi partnerami znacznie powyżej niż pozwalają mu karty. Ustępuje przed silnymi, gdy mu pokażą jego miejsce w szeregu, jak to swego czasu zrobił prezydent Donald Trump. Jeżeli zaś u partnera wyczuje słabość czy naiwność jak u Polski (czy w innym kontekście też Węgier) np., to gotowy jest takiego partnera ignorować, a nawet szantażować i zastraszać. Gdy polski nowo wybrany prezydent wreszcie zachował się stanowczo i z godnością – to Kijów odpowiedział na to dyplomacją poniżej wszelkich standardów. Opryskliwie i z pogardą, a na końcu ubiegł się wręcz do gróźb. W tym celu posłużył się cynglami w rodzaju Jurija Syrotiuka, byłego parlamentarzysty partii „Swobody”, a obecnie sierżanta batalionu systemów bezzałogowych Armii Ukraińskiej. Ów to cyngiel w mundurze ukraińskiej armii otwarcie groził w programie ukraińskiej telewizji NTA najpierw Węgrom, a potem też Polsce. „(...) Po wojnie nie radziłbym (...) wysuwać rozczeń wobec Ukrainy, bo wrócą chłopaki z wojny z załamaną psychiką (...)” i odwiedzą was zamiast ambasadora Ukrainy, straszył Węgrów. Polskę zaś pytał buńczucznie: „Czy Polacy są teraz gotowi na wojnę z Ukraińcami? Czy Polacy są gotowi na ukraińskie drony latające nad ich miastami? Czy Polacy są gotowi na śmierć własnych obywateli?”.
Sierżant nie mógł bez wiedzy swych przełożonych miotać publicznie takich gróźb wobec najważniejszego sojusznika, od którego zależy cała logistyka broniącego się Kijowa. Należy zatem uznać, że jest to groźba usankcjonowana. Mnie zaś ona przypomina nieco straszak pewnego Ceausescu, byłego komunistycznego dyktatora Rumunii, który – gdy w Polsce wybuchła „Solidarność” – wzywał Układ Warszawski do „wkroczenia do Polski”. Na co solidarnościowcy dopytali Nicolae, czy aby rumuńskie wojsko ma buty, aby wkroczyć. Bo może trzeba zrobić zrzutkę. Ukraina bez pomocy Polski i całego Zachodu nie tylko nie miałaby rakiet, czołgów, samolotów, amunicji, ale też hełmów i butów właśnie. Groteskowo zatem wygląda sierżant, któremu zalecam postudiować historię Ceausescu. Może nabierze większego respektu przynajmniej do własnego narodu.
Gdyby Polska teraz ustąpiła przed czerwono-czarną narracją Ukrainy, to wyrządziłaby dwie wielkie krzywdy: raz, pamięci polskich ofiar na Wołyniu; dwa, samemu narodowi Ukrainy, który trafiłby ostatecznie pod but ludobójczej ideologii. Dlatego debata w PE, jaką w przeddzień „Krwawej Niedzieli” 11 lipca zamierza organizować frakcja ECR w Strasburgu, będzie nie tylko otwarciem oczu zachodniej elicie na wołyńskie zbrodnie UPA, ale też kołem ratunkowym elitom ukraińskim. Niech wreszcie sobie w swym sumieniu odpowiedzą: czym różnią się groby Buczy, Irpenia czy Hostomelu od grobów w Pużnikach, Hucie Pieniackiej czy Ostrówce na Wołyniu...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego

Komentarze
czym różnią się groby Buczy, Irpenia czy Hostomelu od grobów w Pużnikach, Hucie Pieniackiej czy Ostrówce na Wołyniu... ?
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.