Wydrukuj tę stronę

ONZ ubezwłasnowolniona, czy czas na substytut?

2026-01-30, 14:49
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Tadeusz Andrzejewski Tadeusz Andrzejewski

66 międzynarodowych organizacji, zajmujących się szeroką gamą problemów, poczynając od walki ze zmianami klimatycznymi, a kończąc walką na rzecz równouprawnienia płci, od nowego roku może zderzyć się z problemami finansowymi. Tak zła wiadomość dla organizacji, jak chociażby Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC), czy Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, czy – wymieńmy z innej branży – Komisji Weneckiej Rady Europy, jest konsekwencją wycofania się z ich struktur Stanów Zjednoczonych, które z reguły były ich głównym płatnikiem.

Obchodząca właśnie swój pierwszy rok działalności administracja Donalda Trumpa uznała, że opłacanie organizacji, które często działają w interesach sprzecznych z interesami USA, nie ma sensu. Jest kontrproduktywne. „Marnotrawne” instytucje nie dość, że są źle „zarządzane i prowadzone”, to jeszcze są „zawłaszczone przez interesy podmiotów realizujących własne cele sprzeczne z interesami Stanów Zjednoczonych, stanowiące zagrożenie dla suwerenności, wolności i ogólnego dobrobytu (...) narodu”, uznał Departament Stanu i powiedział: „basta”. Więcej ani dolara na „niepotrzebne” i „zbyteczne” organizacje.

„Zbyteczne” organizacje oczywiście poczuły się dotknięte i skrzywdzone taką oceną, którą uważają za mylną. Utrata pieniędzy i reputacji na pewno nie jest czymś miłym, choć w wielu przypadkach zasłużona. Ale i tak decyzja USA odbiła się głośnym echem na świecie. Szczególnie dużą kontrowersję wywołało po obu stronach Atlantyku wycofanie się USA z UNFCCC, a więc czołowej światowej organizacji działającej w ramach ONZ na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Organizacja do tej pory była w 21 procentach finansowana właśnie przez Stany Zjednoczone, więc jej budżet po rezygnacji z członkostwa przez Amerykanów znacząco ucierpi. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, że ikonowa organizacja walcząca od dekad o to, by Planeta nie spłonęła, została uznana za „zbyteczną”, trochę „marnotrawną” i bardzo „zideologizowaną”. Poprawni politycznie eksperci biją na alarm. Jak tak można? Jest to przecież „wydarzenie bez precedensu”, kiedy „mocarstwo gospodarcze całkowicie opuszcza międzynarodowy system współpracy klimatycznej, który przez trzy dekady wyznaczał standardy globalnych działań na rzecz ochrony klimatu”. No, tak owszem wyznaczał. Tylko jakie standardy wyznaczał, warto dopytać? A biorąc pod uwagę, że organizacja UNFCCC głównie zajmowała się ideologiczną (bo nie popartą naukowo) walką z emisjami gazów cieplarnianych, które właśnie w sposób ideologiczny zostały uznane za „głównego truciciela” klimatu, to standardy stają się jasne. To CO2 został wytypowany na tego głównego truciciela, a jego produkcja przez człowieka została uznana za główną przyczynę ocieplenia klimatu (choć człowiek produkuje go zaledwie 3 proc., resztę wytwarza sama przyroda). Organizacja UNFCCC w nieustępliwej walce z tym gazem zorganizowała wiele szczytów klimatycznych, czyli tzw. COP-ów, na których państwa świata (nie wszystkie, rzecz jasna) zobowiązywały się w ramach porozumień do redukcji CO2, tak by kiedyś w jakimś tam horyzoncie czasowym osiągnąć „neutralność klimatyczną” i w domyśle przywrócenie klimatu do normy. Te horyzonty nigdy nie zostały osiągnięte, choć na COP-y były w ramach promocji i przyciągnięcia uwagi światowej opinii publicznej zapraszane takie postacie jak Greta Thunberg, szwedzka działaczka klimatyczna znana na całym świecie, co to łajała i publicznie opierniczała najwyższych rangą polityków obecnych na szczytach za opieszałość. Potem tak weszła w swą rolę, tak bardzo odczuła swą wielkość (a zarazem zakłamanie światowych elit, które tylko gadają, a Planety nie ratują), że zaczęła organizować do spółki ze światową ekstremą coraz bardziej radykalne akcje protestacyjne. Akcji wobec elit, które ją wykreowały. Wandalizm i przemoc stosowane przez protestujących w końcu wyautowały słynną Gretę ze światowych salonów. Legendarną działaczkę media coraz częściej zaczęły dostrzegać na komendach policji albo w aresztach zamiast na plenerach możnych. Amerykanie uznali – widać – że „nie jest to ich cyrk i nie ich małpy”, więc szlachetną organizację opuścili.

Od czasu swej drugiej kadencji Trump wycofał swój kraj z wielu innych też organizacji, które zawiodły albo nawet totalnie upadły, gdy chodzi o ich wysokie pierwotne cele i misje. Warto tutaj wymienić chociażby Światową Organizację Zdrowia (WHO), czy Radę Praw Człowieka przy ONZ. Te świetne organizacje zostały uznane przez USA za „zbędne” – bo wielokrotnie w przeszłości wykazały się indolencją, niekompetencją, biurokratyzmem i ideologicznym zacięciem. Nawiasem mówiąc to właśnie marksista Tedros Adhanom Ghebreyesus stoi aktualnie na czele Światowej Organizacji Zdrowia, która – gdy przyszła pandemia Covid-19 – kompletnie zawiodła. Na początku zwłaszcza wydawała sprzeczne albo spóźnione zarządzenia i zalecenia, mylnie projektowała prognozy, narażając życie ludzkie, a kraje na milionowe straty. Ale za to, gdy chodzi o ideologię, to WHO jest naprawdę dobra. Na przykład w klasyfikowaniu: co jest chorobą, a co ją nie jest. W połowie lat dziewięćdziesiątych jeszcze pod naciskiem administracji Billa Clintona WHO skreśliła ze swej listy chorób homoseksualizm. Zrobiła to nie w oparciu o fakty naukowe, tylko na podstawie... głosowania progresywnych psychologów. I był to jedyny przypadek w historii, gdy choroba przestała być chorobą decyzją jedynie awangardowych umysłów głosicieli nowoczesności i postępu. Gdy zaś idzie o pojmowanie praw człowieka przez współczesną Radę Praw Człowieka ONZ, to lepiej byłoby zamiast poważnej dyskusji w jej ramach zastosować się do słów Skrzetuskiego: „skończ Waść, wstydu oszczędź”. Poziom zideologizowania oenzetowskich bojowników o prawa człowieka jest na tak wysublimowanym szczycie, że nie da się z nimi dojść do porozumienia w podstawowych nawet pojęciach, znanych ludzkości od jej zarania.

Oczywiście nie jestem zachwycony wcale upadkiem wielu w przeszłości ważnych organizacji międzynarodowych. Rozumiem, że wycofanie się USA z tak wielu z nich nie jest dobrym znakiem dla świata. Podzielam zdanie jednego z ekspertów, że jest to znak, iż Stany Zjednoczone odchodzą od „multilateralizmu” oraz „wspólnej odpowiedzialności za wyzwania o charakterze planetarnym”. Wygląda, że z tym właśnie mamy do czynienia. Pytanie tylko, kto bardziej za to ponosi odpowiedzialność: czy wycofujące się Stany, czy światowe organizacje, które często zamieniły się w jaczejki skrajnej lewicy.

Ale administracja Trumpa widząc nieudolność, indolencję, biurokratyzm, brak skuteczności wielu międzynarodowych organizacji również spod znaku ONZ, szuka też innych rozwiązań. Gdy, dla przykładu, Rada Bezpieczeństwa ONZ zawodzi, kompromitując się swą bezsilnością w obliczu krwawych konfliktów, Amerykanie próbują zadziałać po swojemu. Prezydent Trump ogłosił właśnie powołanie Rady Pokoju, na której czele sam zamierza stanąć. Rada ma się zająć odbudową i zarządzaniem (tymczasowym) Strefą Gazy do czasu unormowania się tam sytuacji. Do uczestnictwa w Radzie zaproszenie otrzymało ponad 60 światowych liderów, w tym prezydent Polski Karol Nawrocki (niestety, też Władimir Putin, co jest minimum kontrowersyjne). Jak na razie jest zbyt mało szczegółów, by nową inicjatywę oceniać. Jeżeli jednak będzie ona dawać nadzieję na skuteczne mechanizmy przymuszania do pokoju, to warto zaryzykować. Zwłaszcza że są sygnały, iż jej działalność może się z czasem poszerzyć na inne konfliktowe tereny na świecie, w tym na Ukrainę. Jest przeciek, że – być może – Rada Pokoju stanie się coś w rodzaju substytutem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ciałem nieoficjalnym, równoległym do ubezwłasnowolnionego oenzetowskiego organu. ONZ jest dziś bardziej skompromitowana niż przedwojenna Liga Narodów, więc może gorzej nie będzie...

Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego

Komentarze   

 
#4 Jerzy 2026-02-11 15:55
Donald Trump w swoich decyzjach kieruje się interesem Stanów Zjednoczonych. Nie można mu czynić z tego powodu zarzutów. Zresztą po co w ogóle jest tyle międzynarodowych organizacji, które albo nic nie robią, albo wymyślają różne bzdury i jeszcze zmuszają do ich stosowania.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#3 Adam 2026-02-03 11:43
Powołana po wielkiej wojnie w 1945 roku ONZ początkowo realizowała swoje zadania, ale z czasem stała się biurokratycznym molochem o mocno ograniczonej skuteczności. Nic więc dziwnego że w dzisiejszych trudnych czasach, gdy świat ponownie stanął na krawędzi światowego konfliktu, prezydent USA rozpatruje możliwość powołania nowej instytucji, odpowiadającej tym wyzwaniom. Inna sprawa, czy ten pomysł zostanie w ogóle zrealizowany, czy jest to tylko takie sondowanie reakcji światowych przywódców.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#2 Marcin 2026-01-30 21:13
Zawirowania geopolityczne i układanie nowego ładu światowego. To się dzieje na naszych oczach.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#1 Jan 2026-01-30 18:04
Być może Rada Pokoju stanie się czymś w rodzaju substytutu Rady Bezpieczeństwa ONZ, która jest coraz bardziej niewydolna i nieskuteczna.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz