Głównym założeniem, dogmatem wiary, nowej religii jest twierdzenie, że to człowiek ponosi winę za zmiany klimatyczne, które właśnie dzieją się na naszych oczach. Dzieją się i niechybnie doprowadzą ludzkość do katastrofy. „Planeta skończy się”, że powtórzę za klasykiem (Trzaskowski Rafał). Ludzie zaczną się bić o wodę. Armagedon nastąpi. Ażeby temu zapobiec, ludzkość musi pilnie podjąć walkę o przywrócenie klimatu do jego stanu pierwotnego, czyli sprzed ocieplenia. Osiągnąć, jak to Europie wytyczyła ambitnie cel Komisja Europejska, neutralność klimatyczną. Walka to będzie trudna, pełna wyrzeczeń, dramatów i – rzecz jasna – bajońsko droga. Każdy Europejczyk będzie musiał do tej walki się finansowo dorzucić. Podatek ETS2 już właśnie jest naszykowany przez Brukselę i niedługo zacznie drenować kieszenie każdego z nas poprzez wzrost rachunków prądu, ciepła i finalnie rosnącą inflację.
Za głównego winowajcę ocieplenia klimatu uczeni aktualnie uznali „drogą konsensusu” nadmierną produkcję przez człowieka gazu cieplarnego CO2, która to „trucizna klimatyczna” podgrzewa klimat, a ten ocieplony staje się przyczyną wszelkich katastrof pogodowych jako potężne burze, tornada, powodzie, susze, afrykańskie upały, to znowu nagłe arktyczne oziębienia, szkwały, grady etc, etc. Kilka dekad wcześniej, co prawda, uczeni też „drogą konsensusu” mniemali, że za te pogodowe anomalia odpowiedzialna jest dziura ozonowa, jaka się wytworzyła w atmosferze i przez którą płomienie słoneczne popadają bez przeszkód prosto nam na głowy, by powodować na Ziemi spiekotę, upały, parność i rekordowe temperatury. Dziurę tę miały tworzyć aerozole, jakimi sobie ludzie psikają pod pachy, by zmniejszyć efekty potliwości. Uczeni więc nakazali rządom, by te ludziom nakazali, aby zamiast aerozoli zaczęli używać antyperspirantów w postaci kulek zapachowych, co się też stało. Ale klimat jakoś i tak od tego się nie zmienił. To znaczy nadal się ocieplał, nieczuły na aerozolowe poświęcenia ludzkości.
Uczeni więc w kolejnej „drodze konsensusu” wynaleźli szybko nową przyczynę ocieplenia, którą stał się właśnie gaz cieplarniany (pewnie tak został nazwany, bo rolnicy i plantatorzy używają go w cieplarniach w celu wpływania na rośliny, które lepiej owocują, gdy dostają więcej CO2). Jako się rzekło, głównym guru religii klimatycznej stał się Bill Gates, co to bulił potężne środki ze swej miliardowej fortuny na przekonywanie uczonych, by ci w „drodze konsensusu” orzekli, że to produkowany przez człowieka CO2 jest główną przyczyną ocieplenia klimatu i dlatego z nim trzeba skończyć.
Ale oto tydzień temu stała się rzecz niezwykła. Bill Gates stracił wiarę w swą teorię, która dla postępowej części ludzkości stała się nową religią. Ogłosił jak nigdy nic, że owszem zmiany klimatyczne są uciążliwe, ale nie grożą one naszej Planecie żadną apokalipsą. A ci, którzy wierzą, że one mogą spowodować zagładę ludzkości, tkwią w błędzie. Wow, co ja piszę. Przecież za tak heretyckie słowa każdemu należy się łatka „negacjonisty”, który musi być niezwłocznie usunięty z grona ludzi odpowiedzialnych, mogących aspirować do elit naukowych, politycznych czy libo tylko do grona celebrytów. Teraz „negacjonista” Gates obcesowo zapowiada, że czas jest na „strategiczny zwrot”. Co oznacza ni mniej ni więcej, że czas jest pomyśleć w pierwszą kolej o „dobrobycie ludzkości”, który musi być priorytetem. Koniec z ubożeniem ludzkości i polityką sztucznej inteligencji. Czas pójść po rozum do głowy. Genialne. Nieprawdaż.
Tylko co się stanie teraz z milionami fanatycznych wyznawców religii klimatyzmu na całym świecie, których Bill wychował w ostatniej dekadzie. Co z Ostatnim Pokoleniem, które idąc za głosem guru, kleiło się głowami do ścian, drzew, słupów, obrazów w galeriach, byle tylko ratować Matkę Ziemię przed Armagedonem. Mają się poddać, przyznać się do klęski, zmienić zdanie ot tak po prostu, jak ich guru? Zejść z drogi bezkompromisowej walki, której celem jest przecież same jestestwo człowieka na tej Ziemi? Tyle myśli ciśnie się do głowy na raz. Tyle myśli. A ile myśli, które jeszcze nie zdążyło się pomyśleć, może chcieć za jakiś czas nawiedzić utrudzone łyse głowy przyklejone do asfaltu? Czy Bill pomyślał o tym, gdy frywolnie ogłosił swą woltę, że Ziemi już nic nie zagraża?
A tu jak na złość jeszcze coraz więcej uczonych na świecie zdobywa się na męstwo i odrzuca ideologię klimatyzmu. Profesor Ian Plimer, australijski geolog z Uniwersytetu w Adelajdzie, jest jednym z nich. O ideologii klimatyzmu mówi jako o „największym oszustwie naukowym i finansowym w dziejach ludzkości”. Twierdzi, że współczesna polityka klimatyczna jest oparta na błędnych założeniach naukowych i prowadzi do ogromnych kosztów gospodarczych. Plimer ponadto udowadnia empirycznie, że wpływ człowieka na globalny poziom dwutlenku węgla jest minimalny. Tylko około 3 proc. emisji CO2 w atmosferze pochodzi z działalności człowieka, reszta 97 proc. jest skutkiem naturalnych procesów – takich jak oddychanie organizmów, aktywność oceanów, erupcje wulkaniczne. Ba, w historii geologicznej Ziemi wielokrotnie występowały okresy znacznie większego stężenia CO2, które nie prowadziły do katastrof klimatycznych. Dlatego przypisywanie zmian klimatu wyłącznie działalności człowieka jest błędnym uproszczeniem, uważa australijski geolog. Zdaniem profesora, roślinność na Ziemi pochłania więcej dwutlenku węgla, niż emitują ludzie, co powoduje utrzymywanie bilansu emisji na poziomie zbliżonym do neutralnego. Czyli, innymi słowy, cel neutralności klimatycznej Komisji Europejskiej, który – zdaniem eurokratów – może być osiągnięty nakładem tylko wielomiliardowych inwestycji (np. w niemieckie wiatraki), jest w rzeczywistości już osiągnięty. Osiągnięty za darmo.
W niedawnym wywiadzie dla „The Australian” profesor Plimer już całkiem wypisał się z grona ludzi poważnych, bo stwierdził, że postawa wielu naukowców na świecie, twierdzących o wpływie człowieka na klimat, nigdy nie została udowodniona jednoznacznie. W świecie akademickim teoria ta narodziła się tylko dlatego, że dolary Gatesa zadziałały. To znaczy profesor powiedział dokładnie, że „stała się ona dogmatem wspieranym finansowo”. Australijski uczony uważa zaś uparcie, że nauka nie powinna opierać się na konsensusach czy głosowaniach, tylko na powtarzalnych i możliwych do zweryfikowania dowodach. Demonizowanie dwutlenku węgla jako „trucizny klimatycznej” jest przejawem ideologicznego podejścia, a nie naukowej analizy.
Uff, dobrze, że profesora Plimera nie czyta znany hollywoodzki aktor Harrison Ford, bo inaczej by się poczuł, że wyszedł na głupka. Ogłosił bowiem ów aktor ostatnio, że „nie zna większego przestępcy w historii” niż Donald Trump. Jest on takowym, bo ...nie dba o klimat. Tymczasem bohater „Gwiezdnych wojen” jest pewien, że człowiek jest wielki. Jest tak wielki, że „wystarczy tylko rozwinąć wolę polityczną i intelektualne wyrafinowanie, aby uświadomić sobie, że my ludzie jesteśmy zdolni do zmian (...)”. Wystarczy, jak domniemuję, że ludzkość tylko trochę się podnatęży i zmusi klimat do powrotu do stanu sprzed ocieplenia. Nie powiedział tylko Ford, ile tysięcy kotletów każdy z nas musiałby zjeść, by nabrać takiej siły, przed którą miałby się ukorzyć nawet klimat...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego
Guru religii klimatyzmu stracił wiarę
2025-11-12, 13:57
Bill Gates, twórca Microsoftu i jeden z najbogatszych ludzi na planecie, stracił wiarę. I nie o Boga tutaj chodzi. Gates przestał wierzyć w religię, którą sam stworzył. Religię klimatyzmu...
Etykiety

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.