Rewitalizacja bezmyślna skończyła się dużym skandalem. Architekci bowiem w parku im. Richarda Andersa starannie odtworzyli byłą aleję, której nadali nazwę „Alei Otto von Bismarcka”, jak to było drzewiej za Niemców. Estetycznego charakteru deptakowi ma nadać piękna fontanna z zamontowanym obok popiersiem „żelaznego kanclerza”. Popiersie pomyślane zostało też w ramach estetyzowania. Estetyzowania poprzez przywołanie historycznych postaci tego miejsca. Gdy misternie sporządzony plan detaliczny trafił do konsultacji społecznych z mieszkańcami, wybuchła wielka awantura. Oburzeni mieszkańcy Szczytna wyrazili gwałtowny sprzeciw wobec planów włodarzy miasta, którym odświeżyli historyczną notkę na temat niemieckiego kanclerza. Kim był Bismarck, jakie miał „zasługi” wobec społeczności polskiej, która miała nieszczęście trafić do niemieckiej strefy rozbiorowej.
Gdyby burmistrz Szczytna tudzież pracownicy jego administracji nieco pilniej pobierali naukę jeszcze w szkole podstawowej, to by wiedzieli z pewnością, że to właśnie Bismarck stał za polityką brutalnej germanizacji Polaków. Że Kulturkampf był jego dziełem, w ramach którego próbowano siłowo pozbawiać Polaków ich tożsamości narodowej. Do zwalczania polskiej oświaty powołano sławetną HAKAT-ę, która, chcąc wynarodowić polską młodzież, posunęła się nawet do odmówienia im prawa modlitwy w języku ojczystym. Do historii przeszedł strajk polskich dzieci we Wrześni, które odmówiły uczenia się pacierzy po niemiecku. Podobnie na stałe do podręczników polskiej historii zapisał się słynny Drzymała ze swym wozem. Niemcy zabronili mu budowy domu na własnej ojcowiźnie, więc Drzymała postanowił zamieszkać na wozie, który ustanowił na ziemi, z jakiej władze niemieckie próbowały go wyrugować. Głównym patronem opisanych akcji i setek innych był właśnie Bismarck. Po wojnie Polacy, pamiętając o tym, jego popiersie zdemontowali i wyrzucili do miejscowego stawu. Wygląda tymczasem, że współczesne władze Szczytna chciałyby w sposób symboliczny wyłowić go stamtąd. Uwiecznić na nowo jako symbol przemocowej germanizacji prowadzonej przy użyciu całego aparatu państwowego w głębokiej pogardzie wobec tożsamości polskiej.
Estetyzacja terenu Bismarckiem ostatecznie się jednak nie powiodła. Po ostrym sprzeciwie mieszkańców burmistrz wycofał się z pierwotnych planów, tłumacząc się, że były one jedynie „wersją roboczą”. Wersja robocza ma pójść do kosza, a skruszony włodarz zapewnił, że „nie ma planów stawiania pomnika zbrodniarzowi”. Pewnie ktoś mu powiedział, że w przeciwnym razie wyglądało by to na „normalizację przemocy symbolicznej wobec ofiar polityki żelaznego kanclerza”. Wygląda więc, że w Szczytnie wszystko się skończy na wielkim wstydzie bez większych konsekwencji politycznych jednak.
Tymczasem takie ekscesy w dużych miastach polskich na tzw. Ziemiach Odzyskanych nie są, niestety, czymś nowym, ani też incydentalnym. Stają się raczej normą, niż wyjątkiem. Władze Gdańska zwłaszcza każą formułować taką tezę swymi bezmyślnymi posunięciami, a może nawet bardzo przemyślanymi akcjami przywracania „wolnemu miastu” jego niemieckiego charakteru. „Z nosem przy ziemi szukają śladów niemieckich”, tak ujął historyk IPN Piotr Szubarczyk akcje przywracania dawnych niemieckich nazewnictw w mieście nad Radunią jak np. zamiany historycznej Poczty Polskiej na Postamt, czy przywracanie na gdańskie tramwaje napisów przedwojennych niemieckich bohaterów w rodzaju Adolfa Butenandta, laureata nagrody Nobla oraz nazisty, członka NSDAP, który – jak twierdzą historycy – mógł brać udział w doświadczeniach Jozefa Mengele nad więźniarkami w Oświęcimiu. (Napis znikł dopiero po wybuchu skandalu). Odwoływanie się do tradycji Gdańska oderwanego od Rzeczypospolitej wchodzi władzom miasta w krew. W szkole w Kokoszkach stanął przedwojenny słup graniczny, a w pobliżu powstało Rondo Graniczne. Warto pamiętać też, że Poczta Polska ma w Gdańsku szczególny wymiar historyczny. Zwłaszcza w miejscu, gdzie NSDAP urządzało demonstracyjne parady, żeby zastraszyć mieszkających w mieście Polaków.
Ale ignorancją i elementarnymi brakami podstawowej wiedzy historycznej prześcignął dopiero wszystkich wiceprezydent Gdańska Piotr Grzegorz Grzelak. Jego publiczne wystąpienie sprzed kilku laty z okazji uczczenia rocznicy agresji Niemiec na Polskę w dniu 1 września 1939 roku zszokowało Polskę. Zastępca prezydenta miasta wygłaszając okolicznościowe przemówienie w imieniu jak by nie było Rzeczpospolitej za przyczynę agresji uznał ... „złe słowo” przedstawiciela jednego narodu wobec drugiego, które to „złe słowo” podzieliło Europę. Potem doprecyzował jeszcze, że to złe słowo Polaka wobec Niemca i vicewersa złe słowo Niemca wobec Polaka stało się przyczyną rozpętania najkrwawszej w dziejach ludzkości wojny. W czasach, gdy gadacz gadał takie paranoidalne niedorzeczności, nie było jeszcze wojny na Ukrainie, więc rzadziej używano pojęcia „dezinformacja”. Nie zmienia to jednak faktu, że wysoki polski urzędnik samorządowy w miejscu symbolicznym publicznie upowszechniał dezinformację. II wojna światowa nie wybuchła bowiem dlatego, że Polak wypowiedział złe słowo wobec Niemca czy odwrotnie, tylko dlatego, że dwaj najwięksi zbrodniarze XX wieku Hitler i Stalin zmówili się, aby wspólnie dokonać agresji na Polskę. Podzielić jej terytorium w swych drapieżnych szponach, a potem też to samo zrobić z resztą krajów tej części Europy. Pakt Ribbentrop-Mołotow, mam nadzieję, że wiceprezydent Gdańska coś o nim słyszał, o tym mówi w szczegółach.
Wysilając maksimum dobrej woli zakładam mimo wszystko, że powyżej wymienione przykłady, to raczej skutki bolesnych braków w edukacji, niż celowej polityki polskich samorządowców, nakierowanej na podporządkowanie polskiej polityki historycznej interesom zachodniego sąsiada. Zupełnie zaś co innego, gdy taką politykę uprawiają osoby zawodowo do niej wykształceni, które czynią to z premedytacją i pełną świadomością. Najczęściej są to stypendyści różnych niemieckich fundacji, konsumpcjoniści przeróżnych grantów naukowych, jakimi strona niemiecka hojnie zasila wybranych przez nią polskich naukowców. Do takich można zaliczyć z pewnością profesora Krzysztofa Ruchniewicza, który niedawno zamienił na stanowisku dyrektora Instytutu Pileckiego prof. Magdalenę Gawin. Na całe szczęście zamiana trwała krótko, bowiem pan profesor ze zbyt wielkim zapałem zaczął na nowym stanowisku realizować delikatnie mówiąc bynajmniej nie polską politykę historyczną, do celów której wyżej wspomniany Instytut został właśnie powołany. Bo chyba nie jest polską racją stanu organizowanie wydarzeń naukowych na temat zwrotu przez Polskę dóbr kultury Niemcom, Ukrainie czy Litwie. Sygnalistka Instytutu zaalarmowała o tych planach polskie MSZ, czym zapobiegła kompromitacji placówki naukowej z tak zobowiązującym patronem.
Niemcy zagrabili setki tysięcy dzieł sztuki Polsce podczas jej brutalnej okupacji. Wyniszczyli najcenniejszą tkankę narodu, rozgrabili majątek publiczny i prywatny Polaków, zrujnowali polskie miasta, zamordowali ponad 6 mln polskich obywateli i nigdy za to nie zadośćuczynili, choć lubią się głosić „mocarstwem moralnym”. Sprawę reparacji uważają za zamkniętą, chociaż ona w rzeczywistości nigdy nie była nawet otwartą przez demokratyczne władze Polski. Wykorzystują swą przewagę polityczną, ekonomiczną oraz dominującą pozycję w Unii Europejskiej, by sprawę wyciszać oraz uciszać polskich polityków, domagających się sprawiedliwości dziejowej. Trzeba mieć doktorat z durnoty, żeby w zamian rewitalizować im przestrzeń historyczną w Polsce...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego
Rewitalizowanie przestrzeni historycznej sprawców
2025-09-30, 19:03
Włodarze miasta Szczytno na Mazurach, rewitalizując jeden z parków miejskich, postanowili przywrócić mu dawną świetność. Mówiąc o dawnej świetności mam na uwadze dosłowną historyczną rekonstrukcję terenu sprzed wojny, gdy Szczytno było częścią III Rzeszy.
Etykiety

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.