Niekiedy tę miłość trzeba okupić wielkim cierpieniem, wygnaniem i tułaczką. Doskonale rozumie to poetka Irena Duchowska dla której „kresowa kraina szczęścia” bije wciąż źródłem miłości dwóch ojczyzn: Polski i Litwy. Poetka pochodząca z Wileńszczyzny, absolwentka Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego, przez długie lata mieszkająca i pracująca na Żmudzi, na ziemiach historycznej Laudy, w swoich najnowszych utworach przywołuje i utrwala pamięć o przeżytych latach, spotkanych ludziach i duchowych doświadczeniach, oddając tym samym tej ziemi swoje serce i swoją poezję.
Geopolityka Europy, po II wojnie światowej, zmieniła radykalnie również sposób życia pozostających na Kresach Polaków. Ta „Golgota wschodu/ więzienia bez krat/ na zimnych połaciach/ nieludzkiej ziemi” („Golgota”), nie zmieniła jednak ich patrzenia na tę umiłowaną ziemię, która bez polskich szkół, języka czy katolickiej liturgii musiała uczyć się na nowo chronić pokoleniowo swoją polskość i chrześcijańską wiarę w rodzinach, gdzie skądinąd nie brakowało nigdy oddanych patriotów. Do tego grona należał poznany i ogromnie szanowany przez poetkę o. Stanisław Olgierd Michał Dobrowolski, kapłan, wygnaniec i tułacz, legenda i żywy przykład świątobliwości. Nie dziwi zatem, iż poetka właśnie tę postać obrała sobie za przewodnika duchowego swoich literackich zamyśleń, dając je czytelnikowi pod rozwagę, a także zadumę nad wartościami, które w każdych czasach pomagają zachować i wiarę w Boga, i wiarę w szlachetność drugiego człowieka, gdy tylko „troski życia/ toną w strumieniu pacierza” („Troski”).
Siłą tej poezji jest niewątpliwie troska o zachowanie pamięci. To ona, nizana w umyśle, jak paciorki różańca, po kawałku, skutecznie, odsłania obrazy, zdarzenia, ludzkie twarze i zwykłe zachwyty nad niełatwą codziennością, która nieraz tak mocno i wspomnieniem zaboli, że aż „Skarżą się/ Listy nigdy niewysłane/ Ważne słowa przemilczane/ Uczucia skrzętnie kryte/ Blizną w sercu wyryte” („Skarga”). Tylko że to „grzebanie w popiele pamięci” („Nie warto”) wciąż jednak będzie powracać i duchowo dręczyć, i dlatego - jak wyzna poetka, choć - „Nie wiem,/ ile jeszcze mam czasu,/ więc muszę się śpieszyć/ zostawić/ po sobie ślad…” („Nie wiem”).
Irena Duchowska żyje Słowem. Ono nadaje jej wierszom odpowiedni kształt, emocje i rytm, przeciera ślady wyobraźni, ożywia je z dawnych marzeń i tęsknot, aby ocalić przynajmniej fragmenty od bezpowrotnego wyrzucenia na śmietnik historii, stąd właśnie „Złote harfy snów/ umęczone w tęsknocie/ scalają pęknięte freski pamięci” („Złote harfy”). U Ireny Duchowskiej herbertowski imperatyw, „aby dać świadectwo” jest czymś więcej niż tylko emocjonalnym zapisem, jest po prostu całym jej życiem!
Ileż w tych poetyckich zamyśleniach śladów Bożej obecności oraz ludzkiej dobroci. Poetka z osobistych wspomnień układa w całość ten kalendarz wdzięczności, według sobie tylko odpowiednio przypisanych dat, wdzięczna za „wiarę odzyskaną”, „za przygodę życia”, „za żarliwe modlitwy bratnich dusz”, „za przyjaciół spotkanych po drodze” („Dzięki”), a powracając w rodzinne strony powie: „pod rozpostartymi/ ramionami krzyża/ składam brzemię swych trosk/ by móc iść dalej…” („Tęsknota”). Wraz z dojrzałością wieku wiersze te zaczynają sięgać dalej, idą do duchowej krainy zaświatów, gdzie droga przez mitologiczną rzekę Acheron potrzebuje już innej odwagi oraz rachunku sumienia, aby ostatecznie przekroczyć próg ciemności ku wiecznej jasności zmartwychwstania. Kończy więc Duchowska ten poetycki zapiśnik pięknym wierszem „Mój testament”, świadoma nieuchronności innej już chwili, prosząc tych, co jeszcze na tej ziemi pozostaną: „Niebo wasze ma być słoneczne”.
Literacki styl Ireny Duchowskiej nie zawsze jest podporządkowany gramatycznym regułom i akademickiej dyscyplinie poetyki. Słowa tu piszą się inaczej. Zwyczajnie więc tracą umiar, są tak proste i szczere, że szybko zapadają w serce i poruszają wyobraźnię bez zbędnych konwenasów. Niewyszukane metafory czy rymy w niczym nie umniejszają tu emocjonalnemu stanowi ducha. Pozornie zagubiona Atlantyda w poetyckim świecie Duchowskiej zostaje ożywiona obrazami fotograficznej pamięci. Wierność jednak historii, podobnie jak wierność słowu ma swoją cenę, którą się płaci do końca. Poetka jest tego świadoma, gdy snuje swoje rozmyślania o ludziach i świecie, który pewnie już odszedł na zawsze, chociaż może powracać ludzką pamięcią czy westchnieniem. Duchowska pozostaje do końca poetką metafizycznej czystości bez nadużywania zbędnych terminów czerpanych z zadufanej w sobie filozofii czy teologii. To po prostu poezja piękna i sakralnego światła, gdzie czujemy się dobrze i gdzie możemy wciąż odnaleźć upragnioną ciszę i Boga.
Eligiusz Dymowski



Komentarze
Z ukłonem.
Eligiusz Dymowski/Kraków
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.