Chórzyści z parafii mejszagolskiej, namówieni przez proboszcza ks. Józefa Aszkiełowicza, postanowili skorzystać z pięknej pogody sierpniowej i zachłysnąć się czarem ojczystej ziemi z perspektywy... kajaka. Właściwie to nie trzeba było długo nikogo namawiać, z takiej możliwości chcieli skorzystać wszyscy, toteż kiedy, po przybyciu na miejsce, okazało się, że chętnych jest więcej niż kajaków (które osobiście dostarczył Algimant Baniewicz, dyrektor Muzeum Etnograficznego Wileńszczyzny w Niemenczynie, za co chórzyści są mu niezmiernie wdzięczni), należało w wyniku losowania wyłonić osoby, które pozostały na brzegu. Trzy Aliny i jedna Halina wprawdzie nie wypłynęły, ale czas spędzony w oryginalnej zagrodzie agroturystycznej „Baran-rapa" nie był zmarnowany. Przeciwnie, kilkugodzinny sielski wypoczynek natchnął twórczo i powstały nawet nowe piosenki.
Pozostała ekipa poparowała się i wypłynęła na spotkanie z nieokiełznanymi brzegami rzeki Żejmiany. Czas jakby zatrzymał się w miejscu... Dookoła cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków w pobliskich drzewach i chlupotem zanurzanych w wodę wioseł... „Spokój wody udzielał się i nam, bo jakoś tak wyciszeni zmierzaliśmy do punktu docelowego, pozwalając, by rzeka nas niosła, niesamowite odczucia" – mówiła Wioletta Leonowicz, która na co dzień nie szczędzi energii, by zawsze podopinać organizacyjne sprawy na przysłowiowe ostatnie guziki. Napawała się więc tym spokojem i czasem...
„Każda rzeka ma przeszłość swoją, swoje dzieje (...), ma swój charakter oddzielny i właściwą sobie fizyognomię. I rzeka każda płynie, jak płynie życie człowieka" – pisał hr. Tyszkiewicz.
Trudno byłoby nie zgodzić się z tym spostrzeżeniem. Metaforyczne porównanie do życia nasuwało się bowiem niejednokrotnie. Bo tak jak w życiu, żeby dojść do celu, trzeba włożyć w to niemało wysiłku. Dobrze, gdy za plecami jest ktoś, kto czasem wesprze w wiosłowaniu i sprawnie pomoże przeprowadzić ten życiowy kajak po czasem spokojnych, a czasem wzburzonych wodach. Momentami płynie się samotnie, niekiedy wyprzedzają nas inni, a w ostatecznym rozrachunku musimy liczyć na siebie i swoje siły... Jak w życiu...
Żejmiana jest piękną rzeką, bardzo czystą i spokojną, bez zaskakujących zakrętów. Poddanie się jej nurtowi pozwala naprawdę odpocząć. Po kilkudziesięciu kilometrach wpada do Wilii „dziwnie pięknej i malowniczo opływającej". I tutaj człowiek ma poczucie swojej małości. Rzeka szeroka o piaszczystych brzegach, zanieczyszczonym dnie sprawia wrażenie niezwykle majestatycznej, dumnej przestrzeni, w której człowiek trochę się gubi...
A może to spostrzeżenie wynikało po prostu ze zmęczenia, bo i ręce zaczynały boleć, i głód zaczął doskwierać, a na brzegu paliło się już ognisko zachęcające do pieczenia kiełbasek.
Niemniej jednak wyprawa okazała się strzałem w dziesiątkę. Zrelaksowani, wypoczęci chórzyści dziękowali księdzu Aszkiełowiczowi za trafiony pomysł. „Przed nami ostatnie dni wakacji. Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, jak wykorzystać ten czas, to polecamy taką formę wypoczynku, zwłaszcza, że Żejmiana nadaje się do spływów rodzinnych, mogą w nim uczestniczyć rodzice wraz z dziećmi. Jest bezpiecznie i naprawdę relaksująco" – opowiadali pełni wrażeń kajakarze.
Cytowany już hrabia Tyszkiewicz napisał też, że ziemię rodzinną trzeba „kochać sercem, kochać ją myślą, kochać czynem – oto jest obowiązek prawdziwego i cnotliwego obywatela. Aby ją pokochać – trzeba poznać jej bogactwa dziejowe, bogactwa przyrodzenia, trzeba się wtajemniczyć w życie ludu, zbadać jego charakter, serce". Tak więc nie ma na co czekać, dopóki słońce otula ziemię swymi promieniami i czas jest naszym sprzymierzeńcem, trzeba wyruszyć na poznawanie...
Monika Urbanowicz
"TW"


