Media piszą wręcz o zbliżającym się końcu pewnej epoki w Wielkiej Brytanii, a nawet wieszczą rychły rozpad tego niegdyś potężnego mocarstwa kolonialnego. Sondaże przedwyborcze wskazują bowiem, że w Walii i Szkocji zwyciężą partie nacjonalistyczne, optujące za odłączeniem się od Londynu i ogłoszeniem pełnej niepodległości ich krajów. Jest to scenariusz nie science fiction, tylko całkiem realny. Gdy zaś chodzi o całość Wielkiej Brytanii, to tutaj są wyczuwalne też nastroje nie mniej rewolucyjne. W przedwyborczym sondażu You Gov dla stacji Sky News widać głęboką zapaść dwóch brytyjskich Słoni (by nawiązać do niemieckiej retoryki Zwei Elefanten), a więc Partii Pracy oraz konserwatystów, których popularność wśród Brytyjczyków gwałtownie się skurczyła odpowiednio do 20 proc. i zaledwie 17 proc. Równolegle Partia Reform Farage wystrzeliła w sondażach do rekordowego wyniku rzędu 28 proc., choć wcześniej była uważana za marginalną, populistyczną, ekscentryczną i niewybieralną.
Zaprezentowany sondaż dla laburzystów premiera Keira Starmera – to jak gwóźdź do trumny partii, która jeszcze przed niespełna dwoma laty triumfowała w wyborach parlamentarnych z ekscytującym wynikiem – 412 mandatów w 650 osobowej Izbie Gmin. Teraz zapowiada się na klęskę i utratę ponad połowy głosów. Byłby to absolutny antyrekord premiera, który tak ekspresowo roztrwonił swe poparcie. Premier-pomyłka obiecywał przed objęciem władzy Brytyjczykom gruszki na wierzbie i czarodziejską różdżkę, za której dotknięciem nastąpi na Wyspach boom gospodarczy, obniżą się podatki, zwiększy się bezpieczeństwo zatomizowanego społeczeństwa, a opieka medyczna wróci do standardów dawno na Wyspach niewidzianych. W realu dał stagnację ekonomiczną i polityczną, nieudolność totalną, rosnące ceny, niestabilność i liczne afery. Dość powiedzieć, że Brytyjczycy zaledwie po 20 miesiącach rządzenia gospodarza Downing Street obdarzają aż 70-procentową nieufnością (ufa premierowi zaledwie 22 proc.), co jest w angielskiej wiekowej demokracji rzecz zgoła niebywała. Starmer, czołowa postać europejskiej lewicy i jej szaleństw, tak skutecznie trzymał kurs na neutralność klimatyczną Wielkiej Brytanii, że w rezultacie doprowadził wręcz do jej dezindustrializacji, co mu zarzuca m. in. miliarder Jim Ratcliffe. Tego ostatniego supernowoczesna fabryka produkcji syntetycznego etanolu w hrabstwie Falkirk (jedna z dwóch w Europie) musiała zostać zamknięta, ponieważ koszta produkcji z powodu cen energii były tak wysokie, że biznes przestał się opłacać. Dla przemysłu farmaceutycznego, kosmetycznego czy produkcji tworzyw sztucznych zabraknie więc ważnego komponentu, bo angielskiej lewicy zechciało się neutralności klimatycznej. Starmer, jako flagowy lewicowiec, swe rządy też przy Downing Street rozpoczął od dalszego przykręcania śruby dla wolności obywatelskich, kneblowania wolności słowa, która w dzisiejszej Anglii staje się coraz bardziej iluzoryczna. Zraził – rzecz oczywista – tym samym do siebie i swego rządu wyborców umiarkowanych, ceniących jednak swobody obywatelskie. Jeszcze bardziej odepchnął jeszcze większe rzesze flegmatycznych Anglików swą nieudolną i ideologicznie zafiksowaną polityką migracyjną. Za jego krótkich rządów kanał La Manche na nowo odżył, stał się Mekką wręcz dla nielegalnych migrantów, którzy na łódkach, łódeczkach i czółenkach tylko w kilka miesięcy tego roku dobili do wybrzeży Wielkiej Brytanii w liczbie ponad 29 tysięcy, podbijając tym samym statystyki nielegalnego procederu o 50 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Nic więc dziwnego, że od miesięcy w Anglii trwają protesty ludności tubylczej przeciwko migracyjnej polityce laburzystowskiego rządu, a zwłaszcza przeciwko zakwaterowywaniu migrantów w luksusowych hotelach na koszt podatników. Rdzenni Brytyjczycy pokazali plecy Starmerowi z powodu migracyjnego eldorado, zaś milionowa diaspora muzułmanów plecy poniżej pasa pokazała temuż za to, że nie potrafił wystarczająco energicznie odciąć się od ludobójczych praktyk Izraela, ścierającego z powierzchni ziemi Strefę Gazy i jej mieszkańców. Czyż nie pięknie się mieszka w państwie wielokulturowym, zwłaszcza w czasach kryzysów?, warto zapytać. Same plusy i bogactwo wszelakie...
Nieudolność rządzącej Partii Pracy i jej lidera może kosztować laburzystów utratą nawet trzech czwartych mandatów radnych i wieścić prawdziwą klęskę w kolejnych wyborach parlamentarnych. Eksperci zatem oceniają, że Keir Starmer raczej nie dotrwa do końca kadencji na stanowisku premiera, stanie się ofiarą rebelii w łonie własnej partii, gdzie już się czai na niego jego Brutus. Niestety, nastroje wyborcze po stronie konserwatystów nie są wcale lepsze. Wydaje się, że torysi na poważnie zaczynają tracić wyborców swą niewyrazistością i uleganiem lewicowym agendom na rzecz Partii Reform UK, która zaczyna przejmować rząd dusz na prawicy. Nigel Farage, wystrojony na angielskiego dżentelmena w marynarkę z apaszką od garnituru w stylu londyńskiego dandy, jest w świetnym nastroju. Z cygarem w ustach przechadza się po londyńskich ulicach, świetnie wyczuwając nastroje stamtąd płynące. Z pewnością siebie zapowiada nie tylko zwycięstwo jego partii w nadchodzących wyborach komunalnych, ale też wyborach parlamentarnych, które się odbędą najpóźniej w roku 2029. Najbardziej trapiący wyspiarzy problem nielegalnej migracji (który był kluczowym w referendum o Brexicie) zapowiada rozwiązać w stylu trumpowskim. A więc poprzez masową deportację nielegalnych migrantów oraz odstraszaniem kolejnych poprzez zapowiedź nieprzyjmowania wniosków o azyl od osób, które do Wielkiej Brytanii trafiłyby nielegalnie. Łódki i łódeczki, czółna i czółenka przemytników na kanale La Manche staną się w ten sposób rzadkim widokiem, ponieważ ryzyko już nie będzie się opłacało, gdyż nielegalni przybysze nie będą mieli szans na zalegalizowanie swego pobytu na Wyspach.
Brytyjczycy – wydaje się – są skłonni zaryzykować głosując na partię Farage, którą mainstream zwalcza jak może, bo nie widzą innego wyjścia. George Orwell, słynny brytyjski pisarz i wizjoner, gdy trafnie przewidywał w swych powieściach wszelkie patologie z „demokracji” komunistycznych reżimów, pewnie nie był świadom, że jego wizje dotkną tak dokładnie również jego kraj. „Wielki Brat”, który wszystko widzi, by wszystko kontrolować, to w dużym stopniu realność współczesnej Anglii, pionierce wszelkich lewackich eksperymentów. Gdzie wolność obywateli czy wolność słowa stają się na tyle deficytowym towarem i ryzykownym zajęciem dla odważnych, że na walkę o nie stać tylko najbardziej zdeterminowanych przedstawicieli dekadenckich elit starej dobrej Anglii jak chociażby pisarki J. K. Rowling czy aktora komediowego Rowana Atkinsona (Rowling w reakcji na prawo zabraniające używania pojęć kobiety i mężczyzny zapowiedziała, że gdyby ktoś z powodu absurdalnego prawa został skazany na więzienie, ona powtórzy publicznie dokładnie to samo, co skazany, i będzie czekała na policję w swym domu).
Za miarę upadku dzisiejszej Anglii może posłużyć też historyczna decyzja Kościoła anglikańskiego, który na swego głównego przywódcę duchowego - arcybiskupa Canterbury wybrał byłą pielęgniarkę Sarah Mullally, błogosławiącą swą feministyczną ręką małżeństwa jednopłciowe oraz kompromitacje słynnej ongiś na cały świat ze swych standardów dziennikarskich stacji BBC, co dzisiaj jest zaledwie atrapą byłej kindersztuby dziennikarskiej. Jest skorumpowaną i ideologiczną do bólu zębów instytucją. Winston Churchill i Margaret Thatcher gdzieś tam w zaświatach płaczą z powodu tak dosadnego upadku ich starej, dobrej Anglii...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego
Upaść jak Anglia...
2026-05-08, 23:24
7 maja w Anglii, Szkocji i Walii mają się odbyć wybory komunalne. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż na Wyspach ma dojść do politycznego trzęsienia ziemi. Dwie główne partie brytyjskiej demokracji Partia Pracy (laburzyści) oraz konserwatyści (torysi) jednocześnie popadły w głęboki kryzys, a ich turbulencje polityczne przyczyniły się do gwałtownego wywindowania się w sondażach Partii Reform UK Nigela Farage, głównego architekta Brexitu.
Etykiety

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.