Po dotkliwej porażce i braku perspektyw na sklecenie większości dla awangardowego, nieobyczajnego projektu, lobby lgbt zaczęło szukać innych sposobów. I znalazło. Postanowiło importować tęczowe „wartości” z krajów Unii Europejskiej na litewski grunt. Mianowicie importować „tęczowe małżeństwa” z państw, gdzie są one legalne, na Litwę na zasadzie, że razem z jednopłciową parą granicę też przekracza jej „małżeństwo”. W praktyce schemat jest taki. Dwóch Litwinów jednopłciowo mających się ku sobie wyjeżdża – powiedzmy – do Belgii bądź Holandii. Bierze tam legalny ślub i po czym wraca na Litwę. Na ojczystej ziemi występuje do urzędu stanu cywilnego o transkrypcję ich belgijskiego bądź holederskiego „małżeństwa” i otrzymuje, rzecz oczywista, odpowiedź odmowną. Urzędnicy tłumaczą intruzom, że nie ma podstaw prawnych (Sejmas mimo nacisków lobby lgbt nie uchwalił ustawy o neutralnych płciowo związkach partnerskich), by zalegalizować w kraju ich związek. Obrażeni „jaunavedžiai”, robiąc duży medialny hałas, sprawę kierują do sądu, skarżą tam Litwę o całą litanię rzekomych naruszeń i dyskryminacji i czekają na efekt. Rozgłos nad ich uciemiężonym rzekomo losem. Pamiętamy, jak profesor prawa Dainius Žalimas sztorcował sędziów, którzy trzymali się litery prawa, że nie miejsce im w zawodzie, bo powinni byli orzekać nie według litewskiego prawa, tylko według „moralności”. Jednym ze skarżących jest Martinas Norbertas, który nie kryje zawodu swą ojczyzną: „W Belgii pobraliśmy się. W Estonii też bylibyśmy małżonkami, tylko nie na Litwie. Mój kraj traktuje moją rodzinę jako dwie wzajemnie nie związane ze sobą osoby (...)”, obrusza się zawiedziony „małżonek” i w złości peroruje populizmem, że Litwa rzekomo zabrania mu kochać kogo chce, żyć i pobierać się z kim chce.
Suplikacje zanoszone do Brukseli przez tęczowych aktywistów są standardowe, znane od lat, zmanipulowane i opatrzne jak mózg profesora Žalimasa, który wywiódł z litewskiej Konstytucji, że na Litwie rodziny są „neutralne płciowo”. Choć stoi tam jak byk, że związek małżeński tworzą dobrowolnie mężczyzna i kobieta. Jak ze związku mężczyzny i kobiety może powstać „neutralna płciowo” rodzina, wie tylko profesor Žalimas na Litwie i w Polsce pan Kiermaszek, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego. Przywołując pana Kiermaszka, musimy pokrótce opowiedzieć jego historię, jak potrafił, nie łamiąc rzekomo polskiej Konstytucji, wywieść, że w polskim systemie prawnym mogą zaistnieć „małżeństwa jednopłciowe”. Przypomnijmy, że w art. 18 polskiej Ustawy Zasadniczej jest zapisane: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”.
Ale pana Kiermaszka ten zapis nie krępuje w jego wiedzy prawniczej. Twierdzi, że w Polsce jest możliwa transkrypcja do obiegu prawnego małżeństwa jednopłciowego zawartego w innym państwie, bo polska Konstytucja transkrypcji przecież nie zabrania. Chronologicznie, gwoli ścisłości, rzecz wyglądała tak, że dwóch mężów z polskimi paszportami wyjechało do Berlina, gdzie legalnie zawarli związek małżeński. Potem przekroczyli granicę polsko-niemiecką z powrotem a wraz z nimi, ich zdaniem, granicę przekroczyło ich „małżeństwo”. Potem powtórzyła się ceremonia taka jak na Litwie. Prośba do urzędu stanu cywilnego o transkrypcję. Odmowa. Skierowanie sprawy do sądu. I tutaj polski Naczelny Sąd Administracyjny wykazał się pewnym sprytem. Wiedząc, że z polskiego prawa nie da się wywieść legalności transkrypcji niemieckiego „małżeństwa” osób tej samej płci, sąd skierował pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejkiej, który, jak wiadomo, jest najbardziej „apolitycznym” sądem na świecie, bo składającym się w 100 procentach z sędziów nominowanych politycznie przez rządy ich krajów. „Apolityczny” TSUE orzekł, co miał orzec. Polska ma transkrybować niemieckie małżeństwo osób tej samej płci do swych metryk matrymonialnych, bo inaczej będzie naruszone unijne prawo, orzekł. Prawo, mianowicie, do swobodnego poruszania się osób, które gdy poruszając się w małżeństwie legalnie zawartym w jednym kraju unijnym, muszą mieć takoweż prawo w innym państwie, inaczej nastąpiłaby dyskryminacja takiego „małżeństwa”, co to w jednym kraju małżeństwem jest, a w innym „małżonkowie” są sobie obcymi osobami. Oczywiście TSUE nie nakazał Polsce zalegalizowania w jej porządku prawnym małżeństw jednopłciowych, tylko nakazał w tym poszczególnym przypadku transkrypcję. Jednak nawet zupełni tumani prawni mogą się połapać, że po tym jednym przypadku niedługo nastąpi kolejny, potem jeszcze kolejny, i jeszcze kolejny, aż zła moneta wycieśni w końcu dobrą, co jest znaną zasadą fałszerzy. Polskie lobby lgbt zapiało z zachwytu. Europoseł Śmiszek „cały język w trąbkę zwinął” radując się, że Polska w końcu nie będzie „skansenem” w Europie, gdzie nie ma tęczowych związków. Niemiecka gazeta TAZ napisała z obłudnym ubolewaniem, że katolickiej Polsce będzie taki werdykt TSUE trudny do przyjęcia, bo jest wsteczną w progresie, ale musi się postarać. Polska posłanka Mucha zapytana w sprawie wykazała się jeszcze bardzie „dogłębną” wiedzą prawniczą niż sędzia Kiermaszek, gdyż orzekła, że, jej zdaniem, małżeństwa tej samej płci nie są sprzeczne z polską Konstytucją, gdyż w niej nie ma wyraźnego zapisu mówiącego, że takie małżeństwa nie są możliwe. Stoi tylko, że małżeństwo kobiety i mężczyzny jest pod szczególną ochroną, więc należy domniemywać, że „małżeństwo” między mężczyzną a mężczyzną jest możliwe, tyle że nie jest objęte szczególną ochroną. Oj, oj, śliski to gruncik, te myślątka pani Muchy. Bo w Konstytucji nie ma też przecież zapisu zabraniającego np. „małżeństwa” trzech mężczyzn. Co oznaczałoby zgodnie z pomyśleniem pani Muchy, że też takie „małżeństwa” są zgodne z polską Ustawą Zasadniczą. A ile innych jeszcze możliwych konstelacji małżeńskich w głowach nieprzeciętnych, co to doliczają się setek różnych płci ludzkich, mogłoby, hę, powstać. I co wtedy, pani Mucho?
Słabość myślenia Muchy, czy sędziego Kiermaszka, czy profesora Žalimasa można by zwalić na karb indoktrynacji ich umysłów przez wrzeszczących apologetów postępu i zapisać wyłącznie na konto ich własnej kompromitacji. Problem jest jednak taki, że decyzje sędziowskie panów kiermaszków w Polsce, czy żalimasów na Litwie mają konkretne konsekwencje natury cywilizacyjnej dla ich narodów. Profesor, filozof Ryszard Legutko zauważa, że niejaki Kiermaszek, nikomu wcześniej nieznany sędzia, ma tupet, by jednoosobowo podejmować decyzje epokowe za cały naród. „(...) taki numer wykręca nam jeden facet”, mówi profesor i dodaje, że „jest to zamach na jedną z najstarszych społecznych instytucji, jaką zna ludzkość”. Numer w stylu engelsowskim, który to teoretyk światowego komunizmu pouczał, że „prawa należy używać jak pałki”. Tak dzisiaj w Unii powszechnie się dzieje. Bruksela, TSUE używa prawa wbrew prawu. Polska podpisując się pod Traktatem Lizbońskim i czując, że takie „numery” w przyszłości mogą się zdarzyć, zastrzegła sobie prawo do niestosowania Karty Praw Podstawowych w zakresie życia rodzinnego i postaw dotyczących moralności. Brukselscy marksiści mają jednak dzisiaj swoich leninów i zasyłają do krajów, gdzie należy przeprowadzić rewolucję kulturową. Jak kiedyś Niemcy Lenina, Kałmuka z niedoleczonym syfilisem (jak pisze w swych wspomnieniach „Na skraju imperium” Mieczysław Jałowiecki), wysłali w towarowym wagonie ze Szwajcarii do Rosji, by ją poprzez komunistyczną rewolucję rozwalił od wewnątrz. Tak dzisiaj kiermaszki i żalimasy importują do swych krajów „wartości”, które mają rozsadzić ich od środka...
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego
Importowanie „wartości”
2026-03-31, 21:04
Jeszcze w czasach pandemii rządząca wówczas na Litwie konserwatywno-liberalna koalicja próbowała za wszelką cenę zalegalizować w kraju związki partnerskie tej samej płci. „Laisves” partia swój główny, życiowy można by rzec, postulat forsowała groźbą, szantażem i podstępem (głosowanie nad projektem zarządziła w czasie kwarantanny kilku posłów o konserwatywnych poglądach). I nic. Wniosek upadł, zabrakło dwóch głosów.
Etykiety

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.