Wydrukuj tę stronę

Nausėda popędza rząd w sprawie migracji

2026-03-12, 09:03
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Tadeusz Andrzejewski Tadeusz Andrzejewski

Prezydent Gitanas Nausėda po raz kolejny w ostatnich miesiącach zaprosił do swego pałacu przedstawicieli rządu, by omówić tematykę zaostrzenia prawa migracyjnego w naszych kraju.

Pierwsze tego typu spotkanie odbyło się jesienią ubiegłego roku i zakończyło się tym, że pałac prezydencki oraz rząd uznały, iż należy „zaostrzać” przepisy, regulujące pobyt na Litwie migrantów zarobkowych. Zaostrzyć normy prawne tak, by migracja na Litwie nie wymknęła się spod kontroli władz. Temat jest aktualny, nośny społecznie, wywołujący duże zaniepokojenie wśród mieszkańców naszego małego kraju. Ostatni sondaż w tej kwestii wykazał, że aż 67 proc. mieszkańców Litwy jest zaniepokojonych rosnącą falą migracji, jaką obserwujemy z roku na rok w Wilnie i wielu innych większych litewskich miastach. W ostatnich latach odsetek obcokrajowców w stosunku do tubylców podskoczył nam do 7,5 proc. Pokazuje to, a propos, że to właśnie migranci stali się największą grupą narodowościową po litewskiej, wyprzedzając nas – Polaków o niemal 1 punkt procentowy. „Jeżeli taka tendencja zachowa, zderzymy się z poważnym problemem tak na państwowym, jak i na społecznym gruncie (...)”, ostrzega główny doradca głowy państwa Deividas Matulionis. Nasze najwyższe władze, popędzane niejako nastrojami społecznymi, wreszcie zaczynają dostrzegać niebezpieczeństwo związane z niekontrolowaną (albo źle kontrolowaną) migracją. Dostrzegać i nawet kojarzyć z tym, co już stało się, niestety, chlebem powszednim zachodnich krajów. Trochę enigmatycznie, trochę półgębkiem, ale jednak również w pałacu przy placu Daukantasa zaczęto mówić o potencjalnych gettach migranckich, strefach no go, radykalizmach religijnych, a nawet o – niewykluczone – groźbach zamachów terrorystycznych. Szef sejmowego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego Rimantas Sinkevičius, obecny w pałacu, takie bardzo na razie potencjalne zagrożenie zaczyna widzieć również na Litwie, dlatego apeluje do wszystkich sił politycznych w kraju o dyskusję i wspólne stanowisko w sprawie. No, proszę, proszę... „Lod tronułsia gospoda prisiażnyje zasiedatieli”, chciałoby się powiedzieć za Ostapem Benderem, który – jak wiadomo – był „Wielikim Kombinatorom”. Nie trzeba być „Wielikim Kombinatorom”, żeby zatrybić, że niefrasobliwość w omawianym problemie ludzi Zachodu, których umysły w dużym stopniu zostały okaleczone multikulturyzmem, jaki nigdy i nigdzie w Europie się nie sprawdził, okazała się dla nich zgubną. Tragiczną pomyłką, z której w dużym stopniu nie ma już odwrotu. Czy my mamy pójść tą samą „drogą donikąd”? Myślę, że jest to jak najbardziej ostatni moment, by z tej drogi zejść. Narady u prezydenta można byłoby nawet pochwalić, gdyby nie fakt, że na nich w głównym stopniu naradzano się, jak ukrócić praktyki nadużywania przez biznes pozwoleń wydawanych przez państwo na zatrudnienie migrantów (takowych rocznie jest wydawanych około 25 tysięcy). Prezydent chce zaostrzenia przepisów tak, by po dwóch latach imigrant zarobkowy musiałby obligatoryjnie opuścić Litwę na co najmniej pół roku. W międzyczasie nie może też wędrować od jednego pracodawcy do drugiego, pozostając tylko w tej firmie, która go na Litwę zaprosiła. O problemie zasadniczym, który już w czerwcu br. instytucjonalnie i kompleksowo dotknie nasz kraj, u prezydenta raczej się nie naradzano. A chodzi przecież o zagrożenie egzystencjalne dla tak małego państewka jakim jest Litwa, gdyż mówimy o brukselskim Pakcie Migracyjnym. Władze naszego państwa wiernopoddańczo na niego się zgodziły. Nasi najbliżsi sąsiedzi, Łotwa i Polska, byli o wiele bardziej asertywni zastrzegając, że nie przyjmą ani jednego nielegalnego migranta z puli przydziału Paktu Migracyjnego. Litwa tymczasem przyjęła w temacie postawę strusia licząc, że gdy głowę schowa w piasek, to – być może – obnażony tył zniechęci jakoś Brukselczyków do odsyłania do nas śniadolicych inżynierów, lekarzy, wykładowców i innych chętnych na unijny socjał „biednych ludzi”. No, nie powiedzie się strusia taktyka ani też mydlenie oczu sobie i ludziom, że tych przysłowiowych „inżynierów” rocznie Bruksela nam przyśle jedynie 158. Albo, o ile zdecydujemy się na obowiązkową solidarność w postaci kaucji, to zapłacimy jedynie 3 mln euro rocznie. Zgodnie z literą Paktu – to Bruksela każdego roku będzie arbitralnie naliczała dla każdego kraju kwoty, które z kolei będą zależały od „presji migracyjnej”, jakiej w poszczególnych latach doświadczą kraje z południowych rubieży Unii Europejskiej. Czyli, innymi słowy, Litwa będzie zmuszona do przyjmowania tylu migrantów, ilu na nasz kontynent zechcą albo dadzą rady przerzucić mafie migracyjne w danym konkretnym roku. Jeżeli wojna na Bliskim Wschodzie rozhula się na dobre, to już najbliższego lata będziemy mogli doświadczyć jej skutków w Wilnie i nie będzie to z całą pewnością kwota 158 uchodźców.

Jako się rzekło, Polska zapowiedziała, że nie przyjmie u siebie żadnych nielegalnych migrantów z puli paktowej, bo już dostatecznie okazała solidarności wobec uchodźców ukraińskich. Bruksela sprzeciw usłyszała i wspaniałomyślnie zwolniła Warszawę z obowiązkowych kwot, ale tylko na jeden rok. Za rok procedura przepychanek z Brukselą się powtórzy i dopiero obaczymy, kto kogo ostatecznie ochachmęci. Różnica między Polską a Litwą jest jednak zasadnicza. W Polsce jest silna opozycja konserwatywna, która jednym frontem sprzeciwia się Paktowi Migracyjnemu i jego obowiązkowej solidarności. Są media, które nie boją się drażliwego tematu poruszać, szarpiąc przy okazji rządzących za wąsy jak myszka Jerry kota Toma. Jest wreszcie prężny oddolny ruch społeczny Ruch Obrony Granic, którego aktywiści już wymusili na rządzie patrolowanie granicy niemieckiej (jak również litewskiej), przez którą Niemcy „praworządnie” jak zawsze wpychali Polakom niechcianych u siebie „inżynierów”, „naukowców”, „lekarzy” i innych „uczonych” nierobów. W Polsce przeto poprawność polityczna w drażliwym temacie od dawna została podeptana, politycy i społecznicy w sposób otwarty i często dosadny rzeczy nazywają po imieniu. Sławomir Mentzen, lider Konfederacji, odpierając firmowy populizm lewicy o przewagach wielokulturowego społeczeństwa i ogólnej wspaniałości współistnienia wielu kultur w jednym państwie, podał gołą statystykę z Niemiec, która zaprzecza pustosłowiu internacjonalistów. W Niemczech, gdzie przez dekady do głów obywateli wkładano tę samą narrację, statystyki jak byk wykazują, że np. Algierczycy (których nad Renem osiedliło się 26 tysięcy) aż 800 razy częściej popełniają przestępstwa niż Japończycy, jakich tamże zamieszkało 36 tysięcy. Dowodzi to, jak absurdalne są piosnki lewicy, która za żadne ordery Lenina nie chce przyjąć do wiadomości faktu, że na świecie są kultury przemocowe. W nich przemoc jest nie tylko tolerowana, ale też uważana w zasadzie za normalną formę rozwiązywania sporów zwłaszcza, gdy idzie o kobiety.

W Algierii tak jest od wieków. W Meksysku, by przywołać inny model kulturowy, wykształcony na legendach bezwzględności karteli narkotykowych, przemoc jest przyjmowana jako nieodzowna codzienność. Nikt nawet nie marzy, że może być inaczej. Rządzą narkobaronowie i basta, władza co najwyżej próbuje szukać jakiegoś modus operandi. Gdy kilka tygodni temu władzom Meksyku udało się zlikwidować bosa największego narkokartelu w tym kraju El Mencho, to w odwecie żołnierze kartelu, by pomścić szefa, terroryzowali dwie trzecie kraju. W sposób jawny, przemocowy, wyzywający. Po zęby uzbrojeni bandyci wzniecili rozruchy w 20 z 31 stanów Meksyku, paląc samochody, banki, sklepy, blokując ulice, zabijając policjantów oraz członków Gwardii Narodowej. Pogrzeb samego El Mencho też odbył się w „kulturze” tego kraju. Narkobaron został pochowany w złotej trumnie, a na cmentarz przywieziono 5 ciężarówek wianków żałobnych od anonimowych przyjaciół, wśród których z pewnością było nie mało przedstawicieli lokalnych władz. Nie wiem, jakie łby ma lewica (nawiązują do poetyki ostatniego dyskursu w Warszawie), skoro twierdzi, że opisane przykładowo „kultury” są równe naszej europejskiej. Nie zamierzam odkuwać jej łbów, wzywam jedynie, by chronić się przed jej indoktrynacją. A prezydenta Nausėdę, strażnika Konstytucji, by popędzał rządzących bardziej stanowczo i kompleksowo.


Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wieleńskiego

Komentarze   

 
#6 E.A. 2026-03-17 12:32
Umysły decydentów brukselsko-berlińskich w dużym stopniu zostały okaleczone multikulturyzmem, jaki nigdy i nigdzie w Europie się nie sprawdził. Fatalne skutki tej błędnej polityki już są widoczne w państwach Zachodu, gdzie mieszkańcy nie czują się bezpiecznie. A teraz ten problem chce się zrzucić na pozostałe państwa w ramach "paktu migracyjnego" czyli zamiast posprzątać bałagan to jeszcze go poszerzyć.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#5 Darek 2026-03-12 14:37
Unijnym biurokratom wszystko poprzestawiało się w głowach z powodu nieustannego myślenia i mówienia na opak. Tzw. pakt migracyjny jeszcze bardziej pogrąży i podzieli już i tak słabą wspólnotę.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#4 R. 2026-03-12 10:37
Pakt Migracyjny, niczym kiedyś widmo komunizmu, krąży po Europie.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#3 z Polski 2026-03-12 10:36
Jak wiadomo Polacy od lutego 2022 roku przyjęli do swoich domów (a nie obozów!) miliony Ukraińców uciekających przed wojną. Czyli swój moralny "obowiązek" Polacy spełnili po wielokroć. Ten fakt musi być brany pod uwagę przez unijnych urzędników. Tego zresztą stanowczo domaga się prezydent Nawrocki.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#2 czytelnik 2026-03-12 10:36
Europejczycy mają po dziurki w nosie chaosu, przemocy, agresji, a nawet terroryzmu, jakie to zjawiska przyniosły ze sobą do ich krajów rzesze nieweryfikowalnych w wielu przypadkach przybyszy.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#1 Henryk 2026-03-12 10:14
W sprawie paktu migracyjnego zdradziecką rolę odgrywa nasz Kondratowicz, który ogłosił, że Litwa przyjmie pół kwoty migrantów, a za drugą połowę zapłaci. On także sprzeciwia się ustawie utrudniającej jednoczeniu się rodzin migrantów
Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz