„Faszystka” nazywa się Alice Cordier, jest liderką prawicowej feministycznej organizacji pod nazwą „Nemezis”. Tytuł wywiadu brzmi wymownie: „Jesteśmy ofiarami przemocy”. Został on też podilustrowany zdjęciem członkiń „Nemezis”. „Faszystek” na zdjęciu jest sześć. Bardzo Państwa zachęcam obejrzeć zdjęcie w internecie, osłupieją Państwo ze zdumienia. Zobaczą bowiem grupkę bardzo młodych, filigranowych, schludnie - ale z francuską gracją - ubranych dziewczyn, z których dwie w ręku trzymają flagi z narodowymi barwami Francji. Prawicowe feministki wyglądają młodzieńczo, ale też dostojnie, na ich twarzach widnieje dorosła powaga, która miesza się gdzieś tam z młodzieńczą zadziornością. Takie trochę współczesne Joanny, że nawiążę do najsłynniejszej francuskiej Joanny. Piszę tak, bowiem bojowniczki nie ukrywają swej katolickiej wiary. Tytułowa Cordier, jedna z założycielek „Nemezis”, tłumaczy, że ich organizacja powstała z potrzeby chwili. Jako znak sprzeciwu wobec wydarzeń w Kolonii roku 2015, gdy doszło tam podczas sylwestrowej nocy do masowego molestowania białych Europejek przez agresywnych imigrantów. Francja ten stan zagrożenia dla kobiet przeżywa niestety permanentnie, wyjaśnia Cordier. Brak poczucia bezpieczeństwa nad Sekwaną dla kobiet jest powszechny i wielopoziomowy. Francuzki nie czują się bezpiecznie ani na ulicach swych miast, ani w pracy, ani w miejscach zgromadzeń, ani w dzień, ani wieczorem (zwłaszcza). Oczywiście nie należy generalizować, ale z tyłu głowy francuska płeć piękna musi w zasadzie ciągle mieć świadomość, że może w każdej chwili ulec przemocy werbalnej, psychicznej, fizycznej czy seksualnej. Stąd tak wielkie zapotrzebowanie w Republique na baloniki z gazem pieprzowym czy gadżety z przyciskiem alarmowym, które powoli stają się nieodłącznymi atrybutami każdej damskiej torebki we Francji. Ale, o paradoksie, głośno o tym mówić jest w złym tonie. A w szczególności już łączyć skutki masowej nielegalnej migracji z pogarszającym się stanem bezpieczeństwa kobiet. Za takie coś dominujące lewicowo-liberalne elity odważną natychmiast zakwalifikują jako swego wroga, którego należy zwalczać właśnie jako „faszystkę” czy „rasistkę”.
Członkinie „Nemezis” wiedzą o tym aż nadto, bo praktycznie od swego powstania z mety stały się obiektem ataków bojówkarzy skrajnej lewicy. Ataków bynajmniej nie tylko werbalnych, ale też fizycznych. Cordier w wywiadzie wspomina, że we wrześniu roku ubiegłego zamierzała wygłosić wykład na jednej z uczelni, gdy została zaatakowana fizycznie przez aktywistów spod znaków Che Guevary. Została poturbowana i uniknęła gorszych konsekwencji tylko dlatego, że pobliscy restauratorzy wstąpili się po dżentelmeńsku za nią. A działo się to dosłownie w przededniu mordu na Charliemie Kirku w Stanach Zjednoczonych, gdzie – jak wiadomo – fanatyk wyznający ideologię lgbt zastrzelił prawicowego influencera ze sztucera podczas jego wystąpienia na uniwersytecie. Cordier, „faszystka” w oczach francuskiej lewicy, miała wówczas zaledwie 22 lata. Twierdzi w wywiadzie, że problemem jest nie tylko agresja lewackich bojówkarzy, ale też zupełna pobłażliwość francuskich sądów wobec nich. W zasadzie czują się bezkarnie, gdyż sądy albo ich uniewinniają, albo stosują symboliczne kary. Przypomniał mi się w tym miejscu skandaliczny wyrok, gdy francuski sąd uniewinnił kilka lat temu lewackich aktywistek z grupy Femen, które wtargnęły do jednej z francuskich katolickich katedr, obnażyły się tam do pasa bluźniąc jak pomieszane (sąd uznał to za dozwoloną formę ekspresji). Ukarał za to grzywną porządkowych, którzy skandalistek ze świątyni wyprowadzili. Zdaniem „sędziów”, zrobili to zbyt mało ostrożnie, za bardzo gwałtownie wyprowadzali protestujących, które otrzymały za swe prymitywne bluźnierstwo odszkodowanie.
I ta właśnie bezkarność stała się powodem – zdaniem rozmówczyni Oliviera Baulta – mordu na francuskim Kirku czyli 23-letnim Quentinie Deranque, który został zakatowany na śmierć 12 lutego br. przez bojówkarzy Antify w Lyonie, gdy przyszedł tam pod szkołę nauk politycznych Sciences Po, aby wesprzeć akcję protestu dziewczyn z „Nemezis”. Na uczelni miała wystąpić europosłanka ze skrajnie lewicowej partii „Niepokorna Francja” (LFI) Rima Hassan, reprezentująca „islamo-lewicowy” nurt we francuskiej polityce i mająca ścisłe powiązania z grupami terrorystycznymi. Aktywistki „Nemezis” wiedziały, że ich pokojowa akcja w dzisiejszych francuskich realiach wiąże się z dużym ryzykiem napaści fizycznej, dlatego zaprosiły dla asekuracji swych zwolenników, którzy z oddali mieli śledzić sytuację i w razie czego pomóc. Niestety, w realiu okazało się, że nie mogli pomóc dziewczynom z „Nemezis”, które z mety zostały zaatakowane, gdyż sami zostali brutalnie napadnięci przez 30-osobową grupę bandytów z Antify. Napadu niestety nie przeżył Quentin, którego lewaccy bojówkarze skopali, łamiąc mu czaszkę. W brutalnej napaści miał brać udział asystent posła LFI Raphaela Arnaulta. Patronujący w Zgromadzeniu Narodowym Francji komunistom oraz skrajnej lewicy poseł i lider LFI Jean-Luc Melanchon nie przyjął żadnej politycznej odpowiedzialności za zbrodnię bojówkarzy z ich otoczenia, tylko dzień po napaści werbalnie zaatakował ...„Nemezis” jako „skrajną prawicę”.
Warto w tym miejscu dostrzec różnicę, jak po różych stronach Atlantyku państwa z kręgu cywilizacji Zachodu potraktowały bojówkarzy Antify. Stany Zjednoczone uznały lewackich bandytów za organizację terrorystyczną ze wszystkimi wypływającymi z tego konsekwencjami, Francja wezwała zaś na dywanik ambasadora USA, by go postrofować za wtrącanie się we francuskie sprawy, gdy ten mord na Quentinie odpowiednio skomentował. „Nie przyjmujemy pouczeń – zwłaszcza w kwestii przemocy – od reakcyjnej międzynarodówki”, napisał francuski towarzysz na fotelu ministra spraw zagranicznych.
Niezwykłego hartu ducha są filigranowe Francuzki z „Nemezis”, z podziwem uznaję osobiście. Mimo szykan władzy, hejtu, napaści werbalnej i fizycznej nie zamierzają się poddawać w swej walce o... prawa kobiet. Bo przecież o to chodzi w akcjach tych „faszystek”, których Republique traktuje prawie tak, jak kiedyś Jakobini traktowali wrogów rewolucji (oczywiście szafot jeszcze nie działa, są tylko pojedyncze zabójstwa). Nobliwe partie środka francuskiej sceny politycznej patrzą na to z milczącą akceptacją. Doszło do takiego paradoksu, że nad Sekwaną pojawiło się zjawisko określane jako „skrajne centrum”, nigdzie więcej nie notowane. Chodzi o to, że partie uważające się za umiarkowane i centrowe w kalkulacjach wyborczych wolą popierać skrajną lewicę niż „faszystów” z prawicy właśnie. Cordier kończąc swój wywiad odwołuje się do swej katolickiej wiary, która daje jej siły, by nie ustąpić. Polaków zaś wzywa, by nie popełniali błędu Francuzów, którzy, lekceważąc zjawisko masowej nielegalnej migracji, utracili finalnie kontrolę nad własnym państwem.
PS Administracja USA pracuje aktualnie nad tym, by w internecie uruchomić specjalną platformę, na której będą dostępne treści ocenzurowane w Europie jako „faszystowskie” czy te powodowane „mową nienawiści”. Chodzi – rzecz jasna – o „mowę nienawiści” jak my to rozumiemy, że zacytuję klasyka.
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego

Komentarze
"Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!"...
Nie oglądajmy się na maruderów, wiecznych narzekaczy, fałszywych proroków.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.