Wydrukuj tę stronę

Zachód contra Zachód, wartości contra „wartości”

2026-02-19, 14:28
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Tadeusz Andrzejewski Tadeusz Andrzejewski

Oczy całego politycznego świata w zeszłym tygodniu były nakierowane na Monachium, gdzie odbyła się doroczna 62. Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa. Po tym, gdy przed rokiem wiceprezydent USA D. J. Vance zarzucił Europejczykom porzucenie wspólnych wartości, tym razem główna dyskusja fokusowała się właśnie wokół tego tematu, spychając poniekąd wojnę na Ukrainie na dalszy plan.

Gospodarz konferencji kanclerz Niemiec Friedrich Merz w swym inauguracyjnym przemówieniu przekonywał Europejczyków, że muszą wyemancypować się spod wpływów Ameryki, ponieważ ta pod przewodnictwem prezydenta Trumpa przestała nas traktować po partnersku, a – co gorzej – zaczęła próbować narzucać nam swe wartości. Biorąc pod uwagę okoliczność, że Merz jest chadekiem wyliniałym jak szyja sępa, ryzykowne w jego mowie było odwoływanie się do wartości właśnie. I to odwoływanie się na kontrze do amerykańskich wartości, które przecież jeszcze kilka dekad temu były również na sztandarach u niemieckich chrześcijańskich demokratów CDU/CSU. Dziś jest to już zamierzchła przeszłość. Niemcy w ciągu ostatniej dekady tak ideologicznie się wymusztrowali, że niemieckie media (obiektywne na opak) wręcz zarzucały, iż to USA i jej aktualny ruch MAGA (nakierowany na przywrócenie normalności poprzez „rewolucję normalności i tym samym uczynienie Ameryki znowu wielką) wypowiedziały „wojnę kulturową” Europie. Jest to absurdalne odwrócenie pojęć, o czym napiszemy poniżej, gdy skupimy się nad tym, kto komu jakie wartości próbuje narzucić.

Wracając zaś do przemówienia Merza, nie sposób nie zauważyć, że głównym jego celem było przekonanie Europejczyków, że wyemancypowana Europa za swego lidera musi uznać Niemcy właśnie, jako kraj dojrzały, odpowiedzialny i najbogatszy. By pretensję do przywództwa na Starym Kontynencie jakoś uzasadnić, kanclerz tego kraju nawet odwołał się do mowy Radka Sikorskiego, który przed 15 lat nawoływał Berlin właśnie do tego kroku. Mówił onegdaj, że „Europa bardziej boi się nie niemieckiej siły tylko niemieckiej bezczynności”, co teraz Merz z iście niemiecką „skromnością” europejskim elitom przypomniał. „Tę odpowiedzialność przyjmujemy”, zadeklarował zebranym. Zmiana porządku światowego Niemców do tego obliguje, taką na dziś mamy Realpolitik. Nie liczą się zasady, wartości, moralność, z czego szczególnie szczycą się Niemcy, tylko siła. Niemcy zatem muszą tę Realpolitik podjąć, na czele Europy stanąć, Amerykanów z niej wywalić, bo sami będziemy mogli autonomicznie i pod niemieckim przywództwem Rosję odstraszać. Oczywiście NATO i stosunki transatlantyckie nie będą zerwane, tylko inaczej zdefiniowane, bo Ameryka musi rozumieć, że też potrzebuje Europy. Z tym ostatnim akurat nikt się nie spiera, jak i z tezą, że Rosję do pokoju należy przymusić siłą, a nie pocałunkami z Putinem. Tyle że fakty na razie są takie, że Niemcy nawet po upływie wielkiej wody w Wilii nie są w stanie skompletować swej legendarnej Dywizji Pancernej na Litwie. Z planowanych 5 tysięcy żołnierzy Bundeswehra jak na razie do nas wysłała tylko przyczółek w liczbie 150 – jeżeli dobrze pamiętam – Soldaten, zaś ochotników na Litwę jak na razie zrekrutowała u siebie w liczbie nieco ponad 200. Įspūdingai! Nie mogę też wręcz nadziwić się moresu u polityków kraju, który pomylił się we wszystkich możliwych politykach dotyczących Europy, od budowy Nord Streamów w spółce z Kremlem poczynając, poprzez szaloną politykę klimatyczną i kończąc na awanturniczej polityce Willkommenpolitik dla nielegalnych migrantów. Kraj odpowiedzialny za największe plagi ściągnięte na Stary Kontynent aspiruje dziś do jego przywództwa. Wow!

Ale wróćmy do tematu wartości, który, jak już wspomniałem, zdominował tegoroczną Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa. Gdy rok temu D. J. Vance przekonywał, że jedność USA i Europy była zbudowana na wspólnych wartościach, za które razem przelewały krew, to dzisiaj tej jedności brak. Brak, ponieważ to Europa odeszła od własnych wartości, ba, energicznie i z zacietrzewieniem zwalcza wartości i korzenie, na których powstała. Ta oczywista prawda, poparta przez Vanca licznymi przykładami zwalczania przez lewicowo-liberalny europejski mainstream wszystkiego, co łączy się z konserwatyzmem i chrześcijaństwem, rozwścieczyła adresatów zarzutu. Wpadli w histerię, a niektórzy nawet w płacz, wypierając się rzeczywistości. I tym razem Sekretarz Stanu USA Marco Rubio wezwał Europejczyków do odbudowy stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, ale – jak podkreśliła lewicowa stacja CNN – na warunkach Amerykanów. A są to warunki dla elit europejskich niestrawne jak przedwczorajszy budyń. Chodzi bowiem o chrześcijaństwo (brrr...), wspólną spuściznę kulturową (brrr...), zamknięcie granic dla nielegalnej migracji (po trzykroć brrr...), no i zrezygnowanie z „polityki kryzysu klimatycznego” (brrr... po wielekroć). Te wartości dla nowoczesnej, liberalnej, neutralnej płciowo Europy – to jakaś tundra albo średniowiecze, nie do przyjęcia. Zwłaszcza że są „powtórzeniem argumentów skrajnej prawicy zza oceanu”, która jest odpowiedzialna za to, że dziś mamy „erę polityki niszczącej kuli” (cytuję za CNN).

Nic więc dziwnego, że niemieckie media „różnorodne” i „pluralistyczne”, jak Ordnung Bismarcka, od lewa do prawa powtarzały niczym mantrę tezę o „wojnie kulturowej”, którą rzekomo Amerykanie narzucili Europejczykom. W skutek tej wojny właśnie powstała „przepaść” między niegdysiejszymi sojusznikami. Ta przepaść – według mnie – zionie trochę absurdem, co w zasadzie jest normą w świecie liberalnej lewicy. Myślę, że jak ktoś odtąd powie, iż, dla przykładu, eutanazja bezbronnych, schorowanych staruszków jest zabójstwem wspomaganym, to z mety będzie musiał się uznać za kogoś, kto prowadzi wojnę kulturową z awangardową częścią światłego europejskiego społeczeństwa. Za takiego ma się uznać również każdy, kto stwierdzi, że na tym świecie wśród stworzeń rozumnych nie ma nikogo oprócz mężczyzn i kobiet. No i rzecz najoczywistsza, wojną kulturową zaatakuje każdy kobietę, której odmówi prawa do jej zdrowia reprodukcyjnego czyli, tłumacząc z ideologicznego na ludzki język, do zabicia jej dziecka. Do jakich stanów odlotu prowadzi hołdowanie toksycznym ideologiom wśród liberalnej lewicy niech świadczy przykład najnowszy, jaki zaistniał właśnie w Parlamencie Europejskim. Dosłownie w ostatnich dniach odbyło się tam głosowanie nad opinią o równouprawnieniu kobiet. W głosowaniu przepadła poprawka mówiąca, że tylko kobieta może zajść w ciążę. Tę oczywistą dla każdego prawdę odrzuciła jednak lewicowo-liberalna większość PE, która wyraźnie musiała spaść ze zbyt wysokiej gałęzi, skoro bredzi, że mężczyzn też stać na ten sam wyczyn. Takim właśnie „wartościom” dziś hołduje Europa, którym wojnę kulturową ponoć wypowiedziała Ameryka.

Puentując Monachijską Konferencję taką tezę właśnie sformułował Radek Sikorski, szef polskiego MSZ, który w debacie: „Zachód-Zachód: co pozostało ze wspólnych wartości” – orzekł, że „jedna strona Atlantyku próbuje narzucić wartości drugiej stronie”. Przekonywał w rzeczonej debacie, że Europa musi stosować cenzurę, bo ma u siebie zbyt wielu „faszystów”. „Wykluczamy faszystów”, przyznał obcesowo na zarzuty Amerykanów o stosowanie cenzury w debacie publicznej. Jego odpowiednik z Czech Petr Martinka oponował, że w Europie faszyzm skończył się tak z lat 70-80 temu, a dzisiaj stosowanie tego terminu to nic innego, jak dzielenie społeczeństwa. I oczywiście pretekst do stosowania „zapory ogniowej” wobec konkurencji politycznej z prawej strony. Charakterystyczne, że Sikorski nic nie wspomniał o komunistach (choć sam za antykomunistę swego czasu uchodził), którzy w odróżnieniu od faszystów nigdzie nie zniknęli z Europy, tylko kwitną tam w wielu krajach jak np. w Hiszpanii, gdzie rządzą, czy we Francji, gdzie są główną siłą w Zgromadzeniu Narodowym. W PE, ja ciebie nie mogę, trzęsą całą nawą europejską, wpadając w stany obłędów jak wyżej przytoczyłem. Jeżeli Europa ma się wyemancypować na powyższych „wartościach” i na dodatek pod niemieckim butem, to naprawdę jest czego się bać...

Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiegoa

Komentarze   

 
#5 Dominik 2026-03-09 12:52
Wileńszczyzna nigdy nie miała problemu z rozpoznaniem, że jako ograniczeni w swojej sile ludzie, to właśnie w Bożej Opatrzności mamy najpewniejszego sojusznika nawet w najtrudniejszych czasach. Dlatego raz jeszcze powtórzmy za św. Augustynem: „Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na właściwym miejscu”!
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#4 Jan 2026-03-09 12:50
Warto przypomnieć kilka ważnych zdań.
„Demokracja europejska będzie chrześcijańska albo nie będzie jej wcale” - tak proroczo stwierdził jeden z tzw. ojców założycieli wspólnoty europejskiej Robert Schuman.
„Nie wolno oddzielać człowieka od Boga ani polityki od moralności” - to z kolei słowa wielkiego Polaka papieża św. Jana Pawła II.
Te wielkie prawdy są dziś niestety pomijane przez zachodnie elity lewicowo liberalne, które przejęły stery nad Zachodem.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#3 Alek 2026-03-04 17:42
Rozbrajająca szczerość szefa polskiego MSZ że jest za cenzurą... Wydawało się że "wykluczanie" jest domeną wrednych dyktatur, a nie postępowców spod unijnych sztandarów.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#2 Jerzy 2026-03-03 19:23
Radek Sikorski i inni "europejczycy" (celowo piszę z małej litery) piętnują nie wiadomo jakich niby faszystów, za to słowem nie zająkną się o komunistach czy też współczesnych neo-bolszewikach.
Dla prostego przykładu, właśnie zdeklarowany komunista wskutek politycznych układanek został marszałkiem Sejmu RP, 27 lat po okrągłym stole, który podobno zmienił ustrój w państwie. Czy aby na pewno?
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#1 Adam 2026-03-03 19:20
Świetne porównanie, że kanclerz Niemiec które chcą narzucać swoją wolę innym państwom UE, że ten Merz jest chadekiem wyliniałym jak szyja sępa. I takie wyliniałe są jego "propozycje".
Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz