"Nie jest to dla mnie jakiś wielki stres, bo co pięć lat obchodzę jakieś lecie. Ten jubileusz częściowo przypada na lata 2013 i 2014. Mówiąc szczerze, w ogóle nie czuję, że na scenie przepracowałem już 50 lat" – przyznaje legenda polskiej estrady. "Gdyby nie łaska z góry, i dobroć ludzi na dole, nie byłoby Krzysztofa Krawczyka" – dodaje.
Jak żartuje 67-letni artysta, "w starym piecu ciągle się pali". O tym, że wciąż jest w dobrej formie, przekonał fanów podczas koncertu sylwestrowego w Gdyni.
Krawczyk witał na scenie Nowy Rok niezliczoną ilość razy. Jednym z tych sylwestrów, do którego szczególnie często wraca wspomnieniami, jest ten, gdy koncertował w Las Vegas w latach 80.
"Bardzo dobrze zapamiętałem koncert w hotelu Frontier przy głównej ulicy miasta. Śpiewałem dla około 1000 osób, z tego przynajmniej 300 było Polakami. Byłem do tego koncertu wraz z orkiestrą świetnie przygotowany. Publiczność dziękowała brawami na stojąco. Mój menedżer i przyjaciele byli wzruszeni, że Polaka mógł spotkać taki zaszczyt. Dostałem dobre recenzje. Później, jak jechałem za szybko samochodem, pokazywałem je policji amerykańskiej. Oglądali je i mówili, bym jechał dalej" – wspomina Krawczyk.
Piosenkarz mieszkał w stolicy hazardu przez dwa lata. Oprócz poniedziałku, grał trzy 45-minutowe koncerty dziennie. W Las Vegas Krawczyk natknął się m.in. na Liberace, słynnego artystę estradowego o polskich korzeniach, którego historię niedawno mogliśmy oglądać w kinie.
"Znałem jego brata, który był wirtuozem skrzypiec. Z kolei Liberace tak grał Chopina jakby to był pociąg pośpieszny. Tak szybko, że nie było widać jego palców. Zadziwiał wspaniałą techniką. Robił show. Pamiętam, że gdy wychodził na scenę, pokazywał publiczności, że na każdym palcu miał brylant i mówił: Popatrzcie sobie. To wszystko mam od was!" - twierdzi Krawczyk.
Wielka przygoda Krzysztofa Krawczyka z estradą rozpoczęła się w 1963 r., gdy zadebiutował w zespole Trubadurzy. Karierę solową rozpoczął 10 lat później. W latach 70. wylansował wiele przebojów, m.in. "Jak minął dzień", "Parostatek", "Pamiętam Ciebie z tamtych lat". W 1978 r. zdobył pierwszą nagrodę na festiwalu w Opolu za piosenkę "Pogrążona we śnie Natalia".
Krawczyk występował na wielu festiwalach. W Polsce można było go usłyszeć m.in. w Opolu i Sopocie, za granicą - w NRD, Związku Radzieckim, Jugosławii, Bułgarii, Szwecji, Grecji, Belgii, Holandii.
Na początku lat 80. artysta wyjechał na pięć lat do Stanów Zjednoczonych, gdzie koncertował w klubach Chicago i Las Vegas. Po powrocie do kraju w 1988 r. miał poważny wypadek samochodowy, co zmusiło go do wycofania się na pewien czas ze sceny. Na początku lat 90. wrócił na krótko do USA, by nagrać w Nashville płytę "Eastern Country Album". W połowie lat 90. osiadł na stałe w Polsce. Wydał płytę "Gdy nam śpiewał Elvis Presley" i zaczęto go nazywać "polskim Presleyem".
Na początku nowego milenium Krzysztof Krawczyk przeżywał w Polsce swój renesans. Artysta nagrał z Gorem Bregoviczem płytę "Daj mi drugie życie" (2001), z której pochodzi m.in. hit "Mój przyjacielu". Natomiast w 2002 r. ukazał się album Krawczyka "Bo marzę i śnię" z takimi przebojami jak "Bo jesteś Ty" i "Chciałem być". Producentem płyty był Andrzej Smolik.
Krzysztof Krawczyk ostatni raz gościł na Wileńszczyźnie we wrześniu 2013 r. Wystąpił wtedy w Solecznikach podczas imprezy dożynkowej.
Na pods. PAP Life


