Wilnianka - dziecko wojny, która zabrała jej ojca i przyćmiła radość dzieciństwa - dorastała na wileńskich Śnipiszkach. Tu, z opóźnieniem o dwa lata, poszła do szkoły początkowej przy ul. Chocimskiej (obecnie Giedraičių), potem - do wileńskiej „Piątki”. Miała szczęście do wspaniałych nauczycieli (m.in. uczyła ją pani Maria Czekotowska, a wychowawcą w „Piątce” był niezrównany Zbigniew Rymarczyk). Ale to nie oni, jak wspomina, tylko jej mama, z zawodu ogrodnik, rozbudziła w niej pasję czytania, pokazała piękno poezji. Mama miała fenomenalną pamięć – wszystkie ballady Wieszcza Adama znała na pamięć. Pani Łucja przyznaje, że najwidoczniej to po niej odziedziczyła. W swoim bagażu pamięci ma ponad 300 wierszy ulubionych poetów, które jej towarzyszą do dziś i wraz z cenionymi książkami są wiernymi towarzyszami jej obecnej codzienności, ograniczonej przestrzenią mieszkania na wileńskich Fabianiszkach, gdzie z 9 piętra może oglądać panoramę rodzinnego miasta i snuć wspomnienia…
Swoje pierwsze „dylematy” dotyczące kwestii związanych ze znaczeniem wyrazów przeżywała już jako mała dziewczynka. Kiedy jeszcze przed wojną usłyszane słowa z arii „Szumią jodły na gór szczycie”, zadręczała się pytaniem, co ten „górszczyt” (odebrała to jako jeden wyraz) znaczy. Kolejnym słowem, które nie dało się logicznie połączyć z treścią tekstu małej dziewczynce i było wielką zagadką przez lata, był wyraz „statki”. W wierszu o św. Kindze, m. in. mówiło się, że „zmywała statki” (statki – w znaczeniu naczynia). Ale w Wilnie nikt takiego słowa nie używał na określenie naczyń, więc te „statki” odebrała jako okręty…
Te dziecięce językowe rozterki, możliwie, były pierwszym bodźcem do zainteresowania wyrazami. Dopełniła go audycja radiowa, w której czytano urywki z książki „Słowo o słowach” rosyjskiego pisarza i publicysty. Właśnie wtedy zrozumiała, że nauka o języku może fascynować - wyrazy są jak ludzie: żyją, giną wychodząc z użycia lub stają się niezwykle popularne… Doroślejąc zaczęła gromadzić słowniki języka polskiego, czytała je – interesowało ją życie wyrazów. Nauczyła się odnosić do nich z niezwykłym pietyzmem, precyzyjną dbałością w ich doborze, szczególną wrażliwością w definiowaniu ich znaczenia. Była wierna temu w pracy dziennikarskiej. Sama bardzo skrupulatnie pracowała nad tekstami i „zmuszała” swoją uwagą i dociekliwością do robienia tego przez podwładnych (przez wiele lat była kierownikiem działu szkół i młodzieży w redakcji „Czerwonego Sztandaru” – „Kuriera Wileńskiego) oraz kolegów jako dyżurny redaktor, członek kolegium redakcyjnego.
Dziennikarska przygoda z nauczycielskim wątkiem
Droga Łucji Brzozowskiej do służenia Jego Wysokości Słowu ze świadectwem maturalnym wileńskiej „Piątki” prowadziła przez ówczesny Instytut Nauczycielski w Nowej Wilejce (podjęła tu naukę w 1956 roku) oraz późniejsze (łączone z pracą zawodową) studia na polonistyce w ówczesnym Instytucie Pedagogicznym w Wilnie. Była na tej drodze praca (w latach 1958-1964) w Wileńskiej Szkole Średniej nr 19 (obecnie Gimnazjum im. Wł. Syrokomli). Jako polonistka równolegle z tzw. realizowaniem programu nauczania, starała się odkrywać swoim uczniom piękno języka ojczystego, zaszczepić zamiłowanie do czytania, do poezji, dopełniając programowe utwory tymi, które uważała za najbardziej wartościowe. To dzięki jej pasji poetyckiej uczniowie poznawali Broniewskiego nie tylko jako autora „Komuny Paryskiej”, ale też wspaniałych wierszy lirycznych. Jeden z nich - „Przypływ” – jest częstym towarzyszem jej poetyckich wspomnień…(Warto chyba dodać, że dwie byłe jej uczennice zostały dziennikarkami, autorkami książek).
Ta fascynacja „życiem” wyrazów praktycznie nie mogła jej nie skierować na drogę twórczą. Swoje pierwsze opowiadania i wiersze tworzyła jako członkini koła literackiego w Instytucie, dzięki czemu została zaproszona do polskiej audycji litewskiego radia, kolejno – do współpracy z dziennikiem „Czerwony Sztandar”. Jej przygoda z redakcją gazety rozpoczęła się równolegle z pracą w szkole. Była członkiem kółka literackiego, które działało przy gazecie, pisała artykuły, była tzw. nieetatowym redaktorem „Kącika Kobiety”.
W konkurencji dwóch sfer jej działalności – szkoły i redakcji - w końcowym efekcie zwyciężyła ta ostatnia. Po 6 latach pracy w szkole, pożegnała się z zawodem nauczyciela. Chociaż, jako była podwładna pani Łucji, mogę stwierdzić, że po zmianie zawodu, zachowała cechy nauczyciela – te najlepsze. M. in. (tak rzadko dziś spotykane) chęć dzielenia się swoją wiedzą, służenie pomocą, zdolność do cieszenia się z sukcesów współpracowników. We współczesnym świecie stawiającym na indywidualizm, opartym na dość ostrej konkurencji, są one szczególnie rzadko spotykane, ale i przed kilkudziesięcioma laty, w takim zawodzie jak dziennikarstwo, dalece nie były zjawiskiem nagminnym. Dla niej było najważniejsze, by nie ucierpiało słowo – uczyła odpowiedzialności za użycie każdego wyrazu.
Kolejnymi faktami wskazującymi na trwały związek z zawodem nauczyciela, było wydanie podręcznika języka polskiego dla klasy IV szkół polskich; kilkunastoletni udział w komisji jurorów Olimpiady Języka Polskiego i Literatury na Litwie; prowadzenie wykładów z języka i literatury polskiej dla nauczycieli niedzielnych szkółek języka polskiego, działających z inicjatywy Związku Polaków na Litwie na terenach, gdzie nie ma polskich szkół.
W 1964 r. Łucja Brzozowska została etatowym pracownikiem literackim „Czerwonego Sztandaru”. Po krótkiej „wędrówce” pomiędzy działami, znalazła się w dziale szkół i młodzieży, z biegiem lat awansując na jego kierownika. Dział ten prowadził trzy strony tematyczne. Były to „Zastępy Młodych” (przeznaczone dla uczniów młodszych klas), „Sprawy Moje, Twoje, Nasze” (dla młodzieży) oraz „Kolumna Nauczyciela” (dla nauczycieli, rodziców). Powszechnie się uważało w redakcji, że ten dział miał najbardziej wdzięcznych (ale też krytycznych i wymagających) odbiorców i najbardziej wykształconych, inteligentnych autorów. A co za tym idzie, również praca działu, poziom językowy tekstów, musiały odpowiadać stawianym przez czytelników i autorów wymaganiom. Szczególną uwagę zwracano na język, by dzieci, młodzież, pedagodzy mieli do czynienia z poprawnym językiem polskim. Tu kompetencje i nastawienie pani Łucji były jak najbardziej przydatne.
Stawiając sobie za cel zwrócenie uwagi najmłodszych czytelników na poprawne używanie języka, Łucja Brzozowska wymyśliła bardzo atrakcyjną rubrykę pt. „Przecinek”. Teksty w postaci pisanych na wesoło rozmówek z eksponowaniem zabawnych sytuacji, kuriozalnych przykładów uczyły poprawności językowej jednocześnie bawiąc, no i zostawały w pamięci na dłużej niż reguły z podręcznika. Poloniści często korzystali z „Przecinka” podczas lekcji.
Z kolei zainicjowana przez nią rubryka „Szata myśli naszych” była skierowana do nauczycieli. Uczyła, jak odpowiednio do sytuacji, należy „ubierać” myśli. Przy jej prowadzeniu pani Łucja współpracowała również z naukowcami z polonistyki wileńskiej oraz z Polski.
Jego Wysokość Słowo
Od roku 2003 Łucja Brzozowska rozpoczęła prowadzenie własnej rubryki „Jego Wysokość Slowo” w niezależnym miesięczniku ilustrowanym Polaków na Litwie „Magazyn Wileński”. Pod tą rubryką w ciągu prawie 10 lat ukazało się ponad 90 felietonów językowych. (W 2006 roku, w drugiej edycji konkursu dla dziennikarzy polskich mediów na Litwie zainicjonowanego przez ZPL, znalazła się w gronie wyróżnionych trzech laureatów za cykl artykułów, które się okazały pod tą rubryką).
Inaugurując cykl autorka napisała: „Już sama nazwa rubryki Jego Wysokość Słowo podpowiada, że pogadanki nasze będą dotyczyły spraw językowych. Będziemy rozmawiali o najpiękniejszym języku świata. A jest nim dla każdego człowieka język ojczysty. I choć językoznawcy z punktu widzenia naukowego mają na ten temat inne zdanie (…), serce człowieka wie lepiej, że swój własny, ojczysty jest mu najbliższy i najpiękniejszy. Julian Tuwim z genialną prostotą zaledwie w dwóch słowach wyraził najistotniejszą treść języka: „ojczyzna – polszczyzna”.
W tymże felietonie zwierzyła się, czym dla niej jest język i ojczyzna. Napisała: „(…) Nie wiem, czy dla wszystkich Polaków mieszkających poza krajem pojęcie „ojczyzny” utożsamia się z językiem, dla mnie tak właśnie jest, bo zarówno Polska, jak i Litwa niezupełnie tymi ojczyznami są. Jedna bliska duchowo, jest odległa geograficznie, druga – odwrotnie: bliska geograficznie, ale cudza. I tylko polszczyzna jest tą najprawdziwszą, najściślejszą moją ojczyzną”.
Mówiąc o celu rubryki jej autorka odnotowała: „ (…) mam nadzieję, że wśród ludzi, którzy się językiem interesują, znajdzie czytelników. A może nawet – tak mi się marzy – odkryje w jakiejś dziewczynie czy chłopaku głębsze zainteresowanie językiem, podobnie jak to się stało kiedyś ze mną”.
Rubryka, felietony pod nią zamieszczane – pisane żywo, dowcipnie, z wyczuwalnym ogromnym bagażem wiedzy w poruszanych tematach, podawanej w formie towarzyskiej pogawędki z czytelnikiem – zyskały rzesze uważnych odbiorców. Za sprawą jednego, a raczej jednej z nich – Agnieszki Zalewskiej z Gdańska, która całkiem przypadkowo trafiła w Internecie na jeden z felietonów, ich zbiór ukazał się w formie książki pod tytułem „Zadziwiające losy wyrazów”, która doczekała się dwóch wydań: w 2015 i 2019 roku.
Inicjatorka wydania była zauroczona treścią tych felietonów i zadziwiona, że o języku można pisać naukowo i nie nudnie, a ciekawie, z humorem. Wydana książka ma podtytuł „Dopóki Wilia płynie”. Pani Łucja, wypowiadając się na łamach „Magazynu Wileńskiego” o pierwszym jej wydaniu, w wywiadzie autorstwa redaktor Heleny Ostrowskiej powiedziała: „Starałam się donieść do czytelników taką myśl: my, którzy nie mieszkamy w Polsce, którzy jej nie mamy na co dzień, „w światki i piątki”, których otacza inna rzeczywistość – powinniśmy odczuć, jak ważny jest język ojczysty. Nie ma języka – nie ma narodu. Chcąc czuć się Polakami, musimy dbać o polszczyznę. To nie jest jakiś hura-patriotyzm, którego nie lubię. Chodzi o to: nie można kochać czegoś, czego się nie zna., Kocha się człowieka, którego się zna, ceni się za coś. Kocha się ojczyznę, o której coś się wie. A bez języka trudno mieć wiedzę, bo tylko on otwiera bramy do literatury, do kultury, historii kraju. Książka ma podtytuł „Dopóki Wilia płynie”, czego dalszym ciągiem jest „polskość tu nie zaginie”. Musimy dbać o język, jeżeli chcemy, by nie zaginęła.”
O jednej z form dbałości o język pani Łucja tak napisała właśnie w felietonie pt. „Dopóki Wilia płynie…” (chcę ten urywek przytoczyć ze względu na ostatnio „wzbierającą falę” nie tylko propagowania tolerancji wobec niechlujności językowej, ale też próby swoistej jej legitymizacji): „(…)Mimo niezłomnej pewności, że „Dopóki Wilia płynie”, nie zaginie tu polszczyzna, nie mogę się pozbyć niepokoju o jej jakość. Zbyt lekko rozgrzeszamy się z wszelkiego rodzaju błędów, rusycyzmów, kolokwializmów, a nawet wulgaryzmów, traktując to wszystko jako „gwarę wileńską”, choć z gwarą tą, która właściwie jest dziś w stanie szczątkowym, ten niedbały, byle jaki język, który często słyszymy, nie ma nic wspólnego.”
Rzecznik szkół polskich
Obok szlachetnej misji popularyzowania zaciekawienia językiem ojczystym, odkrywania jego piękna i doskonalszego poznawania, jako pracownik, a następnie kierownik działu szkół, Łucja Brzozowska była nie mniej twardym rzecznikiem polskich szkół, zaciekle i najczęściej skutecznie (dzięki swemu uporowi i dążeniu we wszystkim do stawania po stronie „sprawiedliwości” - podobno odziedziczyła to po ojcu, którego, niestety, praktycznie nie pamięta) walczyła piórem o powstrzymanie, zaniechanie procesu ich likwidacji na rzecz zakładania szkół rosyjskich, co było realnym i usilnie prowadzonym procesem w okresie Litwy Radzieckiej, szczególnie w miejscowościach wiejskich, gdzie przedstawiciele miejscowej władzy czuli się wszechwładni. Łucja Brzozowska tak ujęła te sprawy w jednym ze swoich tekstów: „Ważną pozycją w dzienniku (chodzi o „Czerwony Sztandar” – „Kurier Wileński”, przyp. red.) była comiesięczna strona „Trybuna Nauczyciela”, poświęcona sprawom szkolnictwa polskiego na Wileńszczyźnie. A spraw tych, raczej problemów i kłopotów, w szkołach nie brakowało. Większość stanowiły szkoły mieszane, rosyjsko-polskie (…) Dyrektorem takiego przybytku wiedzy najczęściej był Rosjanin, który z różnych powodów starał się ten przybytek zrusyfikować. Czasami wystarczyło, by dzieci przewodniczącego kołchozu lub sekretarza organizacji partyjnej osiągnęły wiek szkolny, a pierwszą polską klasę przekształcano w rosyjską. (…). Nauczyciele Polacy starali się temu przeciwdziałać, jednakże otwarta walka z kierownictwem szkoły, kołchozu lub rejonu była dla nich zbyt ryzykowna. Robili to za pośrednictwem redakcji.”
Dziennikarze sięgali po ideologię ustroju socjalistycznego, jak pisała w swoich wspomnieniach pani Lucja, by móc zadbać o interes Polaków. W ówczesnej rzeczywistości używano do realizacji tych celów założeń tzw. polityki narodowościowej jedynej partii – głoszącej o równości wszystkich narodów i prawie do nauki w ojczystym języku.
Dziś może wydawać się paradoksalne również to, że nikt nas za władzy sowieckiej nie chciał tak na dobre uczyć na odpowiednim poziomie języka litewskiego (wydaje się, że to się nie bardzo zmieniło). I to właśnie dział szkół, którym kierowała pani Łucja, stawał zarówno do walki przeciwko rusyfikacji, jak i wręcz domagał się wprowadzenia wzmożonego nauczania języka litewskiego, m. in. proponując na łamach gazety: „(…) niechby ten język z pozycji drugorzędnych wyszedł na tę najważniejszą (…), właśnie to ułatwiłoby im (polskim dzieciom, przyp. red.) późniejszy start życiowy, a nie wyrzekanie się mowy ojczystej”.
Poza tym treści patriotyczne, historyczne dziennikarze nauczyli się podawać, jak to się mówiło, „między wierszami”, a czytelnicy potrafili je wśród nich odnajdywać. Najważniejsze było nastawienie ludzi, to, co uważali za ważne i w jakim stopniu gotowi byli to propagować, a jak trzeba – bronić. Pani Łucja należała (należy) do tych wytrwałych. Już w latach tzw. odrodzenia, jako kierownik działu szkół, była wielce zaangażowana w naświetlanie wyjątkowej inicjatywy – budowy polskiej szkoły w Justyniszkach (obecnie Progimnazjum im. Jana Pawła II) – szkoły budowanej z pomocą Macierzy przy aktywnym społecznym udziale Wilnian – Polaków.
Swoją wiedzą, miłością do języka ojczystego, rzetelnym stosunkiem i twórczym podejściem do pracy dziennikarskiej Łucja Brzozowska w ciągu ponad 60 lat pozyskała rzesze wiernych czytelników i to jest najważniejszym uznaniem dla dziennikarza. Bez wątpienia są też miłymi akcentami przyznawane nagrody instytucji i środowisk. Obok wymienionych już w artykule, Łucja Brzozowska w 1999 roku otrzymała Medal Komisji Edukacji Narodowej za długoletnią wzorową pracę, w tym na rzecz upowszechniania idei Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Została doceniona za swą pracę szeregiem dyplomów honorowych i dyplomów uznania przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”, Ambasadę RP w Wilnie, Ministerstwo Oświaty i Nauki, Związek Dziennikarzy Litwy. W 2017 roku otrzymała Złoty Laur Akademii Mistrzów Mowy Polskiej. Piękne zwieńczenie twórczej pracy dla osoby zakochanej w najpiękniejszym języku świata – ojczystym.
Byli współpracownicy i wierni czytelnicy życzą pani Łucji wielu kolejnych lat w otoczeniu kochanych bliskich osób i wiernych przyjaciół: ulubionych książek, wzruszających wierszy oraz uroczego kota - Simby…
Janina Lisiewicz
Nasza Gazeta
