Obserwatorzy podkreślają, że Ruginienė brakuje doświadczenia politycznego, gdyż jest nowicjuszką w litewskiej polityce. Podziwiają zatem jej odwagę, by objąć stery rządów w kraju w tak trudnej sytuacji geopolitycznej. Sama Ruginienė reaguje na tego typu uwagi lakonicznym stwierdzeniem, że poradzi sobie, dobierając doradców „mądrzejszych od siebie”. Pomogą oni jej w przebrnięciu przez meandry wielkiej polityki bez większych błędów. Charakteryzując przyszłą premier warto też zauważyć, że ma ona socjalną twarz w partii socjaldemokratów, wrażliwą na potrzeby gorzej usytuowanych, seniorów, rodzin. Może to oznaczać, że kurs nowego rządu będzie bardziej prosocjalny, a Ruginienė, jako była liderka jednego z litewskich związków zawodowych, większą uwagę będzie zwracała właśnie na postulaty związkowców. Już zresztą zapowiedziała, że „przyjdzie na urząd premiera” i załatwi bardziej sprawiedliwą indeksację emerytur w dobie drożyzny i ciągle uderzającej po kieszeniach mieszkańców inflacji. W trakcie negocjacji koalicyjnych socjaldemokraci zaakceptowali też postulat Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, by zwiększyć pulę pieniędzy na dziecko do 200 euro (dla dzieci niepełnosprawnych zaś do 300 euro). Ta wyraźnie lewicowa wrażliwość Ruginienė nie uszła uwagi nawet mediów zagranicznych, które na ogół mało interesują się sprawami wewnętrznymi małych krajów jak Litwa. Tym razem jednak media niemieckie podkreślają, że lewicowa nowa litewska premier znalazła się na celowniku tamtejszej prawicy, która za wszelką cenę stara się „wpychać pałki jej do kół, szukając (na Ruginienė- ta.) materiałów kompromitujących”.
Na razie cała energia landsbergistów i ich liberalnych przystawek jest nakierowana na to, by rząd Ruginienė nie powstał w takiej konfiguracji, jaką przewiduje umowa koalicyjna z partiami „Jutrzenka Niemeńska”, chłopów i zielonych oraz Akcji Wyborczej Polaków na Litwie- Związku Chrześcijańskich Rodzin. Skład koalicjantów uległ zmianie w porównaniu z poprzednim rządem Gintautasa Paluckasa. Mianowicie poproszono od koalicji odstosunkować Sauliusa Skvernelisa, który w poprzednim rozdaniu koalicyjnym zasłynął jako „Pan ultimatum”. Mimo że najmniejszy koalicjant - to ciągle stawiał największego koalicjanta pod ścianą ultymatywnymi żądaniami w stylu: albo ja, albo guzik z koalicją. Więc w końcu dostał co swoje, czyli guzik. Eksperci zauważają, że zachowania Skvernelisa nie były przypadkowe. Chciał w ten sposób wymusić na socdemach wpuszczenie do koalicji liberałów zamiast partii Žemaitaitisa, co de facto zmieniłoby całkowicie profil polityczny rządu.
Gdy plan się nie powiódł, cały szeroko pojęty litewski mainstream liberalny (a więc zarówno liberałowie, jak też tzw. konserwatyści) dostali wścieklizny. Medialną nagonkę poszerzyli jeszcze o uliczne akcje, gdzie niezastąpiony jest skandalizujący dziennikarz Laimonas Tapinas. Lud na ulice stolicy został wyprowadzony pod fałszywym hasłem (ale za to jakże rozdzierającym każdą litewską duszę), bo bijącym na alarm z powodu najstraszniejszego – zdrady. Ratować Litwę przed zdrajcami konserwatyści kochają od dawna, a zatem i nawyki już mają w tym rzemiośle wyuczone. Tym razem w ramach szantażu straszyli zarówno socdemów, jak i prezydenta, że ich również zapiszą do zdrajców, o ile ze zdrajcami będą się bratać. Odpowiedni plakat był naszykowany w stylu mowy landsbergistów: „Gdy trzej (3) w jednym (1) – to gów...em śmierdzi każdy”. Cóż za poetyka, ... zaiste godna autorów. Podobnie został potraktowany też prezydent, który nie chce wykluczyć Polaków z rządu a priori. Głowę państwa tolerancyjne inaczej elity porównali do barszczu Sosnowskiego – „długi, ładny, a inwazyjny”, jak wieścił jeden z plakatów. Plakat pewnie powstał w ramach odreagowania na klęskę, jaką landsbergiści doznali, zwalczając głowę państwa jeszcze w poprzedniej kadencji Sejmu. Gabrielius jednak okazał się za krótki walcząc z prezydentem bezpardonowo i to ich boli...
Wspomóc konserwatystów oraz liberałów na ich wiec przybył też mer rejonu wileńskiego, przywódca buntu w łonie socdemów wobec udziału Polaków w rządzie, Robert Duchniewicz. Swe wystąpienie na masówce nienawistników rozpoczął od pochwały kolejnego prymitywnego w treści plakatu, głoszącego, że „są też normalni Polacy” (czy coś w tym stylu). Sam siebie zaliczył do tych „normalnych”, akceptując tym samym prymitywny przekaz baneru, sugerującego, że są też Polacy nienormalni. Mer jednak zamiast zgłosić obrzydliwy slogan do instytucji zajmującej się zwalczaniem mowy nienawiści, próbował czarować zebranych przeciwników rządu Ruginienė. Zapewniał, że jest tego samego zdania z nimi, iż dla Litwy byłby lepszy rząd mniejszościowy niż taki, jaki właśnie powstaje. Dla jasności dodajmy, że rząd mniejszościowy w aktualnej konfiguracji Sejmu oznaczałby, iż byłby on w całkowitej zależności od widzimisię konserwatystów i liberałów właśnie. Bez ich głosów w parlamencie nie mógłby rządzić. Musiałby zatem przy każdym ważniejszym głosowaniu uzyskiwać zgodę partii, na kanwie krytyki których przyszedł do władzy. Byłoby to polityczne samobójstwo zatem. Absurdalne dublowanie rządów Ingridy Šimonyte, którą Litwini w niedawnych wyborach prezydenckich ocenili wynikiem takim, z jakim tylko w krajach totalitarnych na ogół w sfałszowanych wyborach swych konkurentów nokautują miejscowi dyktatorzy.
Tymczasem Šimonyte ma się dobrze i podrwiwa sobie ze swej następczyni na urzędzie premierowskim Ingi Ruginienė, że będzie ona jako szefowa rządu jedynie „obiektem” polityki socdemów, a nie „subiektem”. Podczas gdy, jak można by wyczuć ironię, ona pełniąc urząd premiera była na 100 proc. subiektem niezależnym do juniora Landsbergisa, jak „stołbowaja dworianka” z bajki o złotej rybce i rybaku. Cała zresztą narracja opozycji o pacynce Ruginienė, którą będą sterować rekiny partyjni, nie trzyma się kupy. „Pacynka” bowiem już pokazała na samym początku, że będzie tworzyć rząd autorski bez oglądania się na pohukujących merów, co inna liderka opozycji Wiktoria Čmilyte-Nielsen potraktowała stwierdzeniem, że „musimy się przyzwyczaić do skłonności Ruginienė do dominowania politycznego”. Ja zaś w tym miejscu przyznaję, że już zaczynam się gubić w tym całym pustosłowiu opozycji. I pytam retorycznie: czy mamy Ruginienė uważać za bezwolny obiekt polityczny, czy jednak za dominantkę polityczną? Niech ktoś mi to w końcu wyjaśni...
Ruginienė już na starcie wymieniła kilku ministrów starego rządu, w tym kluczowego z resortu finansów. Za Šadžiusa ma być młodszy o 23 lata Kristupas Vaitiekunas, który- jak się domyślam - ma szukać pieniędzy nie tylko na wojsko, ale i emerytów i inne wydatki socjalne. Z rządem ma się też pożegnać minister kultury Šarunas Birutis, co to nie potrafił pokazać właściwego miejsca egzaltowanemu na antypolonizmie Valotce, czy minister łączności Eugenijus Sabutis. Wszystkie gwiazdy na niebie wskazują też, że wbrew usierdztwu konserwatystów i Duchniewicza nie uda im się zablokować kandydatki AWPL-ZChR Rity Tamašunienė na stanowisku ministra sprawiedliwości. Tamašunienė już się sprawdziła jako minister spraw wewnętrznych w trudnych czasach pandemii. Sądzę, że sprawdzi się i teraz, jak też ogólnie bardzo sprawdzi się udział w koalicji partii reprezentującej litewskich Polaków. Na każdym poziomie, również w kontekście współpracy regionalnej. Nowy prezydent Polski Karol Nawrocki już pokazał, że bardzo poważnie traktuje zacieśnienie współpracy regionalnej z sąsiadami, by m. in. w sposób reprezentacyjny przedstawiać interesy naszego regionu w relacjach z kluczowym gwarantem naszego bezpieczeństwa Stanami Zjednoczonymi. Udział polityków polskiej partii w rządzie Litwy tym zamiarom będzie tylko sprzyjał.
Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego
Ruginienė: polityczna pacynka czy dominantka?
2025-09-10, 16:48
Inga Ruginienė, była minister opieki socjalnej w rządzie Gintautasa Paluckasa, została zatwierdzona przez Sejm jako kandydatka na nowego szefa rządu (wcześniej jej kandydaturę zaakceptował też prezydent Gitanas Nausėda). Media zagraniczne zauważają, że po zaprzysiężeniu „prawicowa opozycja” poluje wręcz na Ruginienė, aby utrącić jej kandydaturę.

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.