Wydrukuj tę stronę

Jak nad Renem populiści ścigają się z populistami

2025-03-01, 22:12
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Tadeusz Andrzejewski, radny rejonu wileńskiego Tadeusz Andrzejewski, radny rejonu wileńskiego

W niedzielę zakończyły się przedterminowe wybory parlamentarne w Niemczech, największym i najpotężniejszym kraju w Europie. Wygrała je zgodnie z przewidywaniami opcja chadecka CDU/CSU z wynikiem 28,6 proc. Na drugie miejsce wdarła się Alternatywa dla Niemiec (AfD), uznawana nad Renem za ugrupowanie populistyczne i częściowo ekstremistyczne. Popularność populistów wzrosła w ciągu ostatnich trzech lat dwukrotnie i wyniosła 20,8 proc. Ich niewątpliwy sukces zupełnie nie koreluje z wynikiem rządzących wciąż jeszcze socjalistów kanclerza Olafa Scholza, którzy otrzymali 16,4 proc. zaufania wyborców i zaliczyli tym samym najgorszy w historii tej partii wynik wyborczy.


Do Bundestagu weszli jeszcze Zieloni z wynikiem 11,6 proc. oraz skrajna lewica Die Linke, na którą zagłosowało 8,8 proc. wyborców. Z parlamentu natomiast wypadli liberałowie z FDP. Obecnie współrządzących poparło mniej niż 5 proc. głosujących. Jak donoszą media, lider CDU Friedrich Merz, kandydat na kanclerza, szlifował na długo jeszcze przed wyborami swe przemówienie, jakie zamierzał wygłosić po prognozowanym triumfie jego ugrupowania. Po głosowaniu przyszło mu na szybko na nowo szlifować przemówienie tak, by nie było nadmiernie optymistyczne i triumfujące właśnie. CDU/CSU wypadły bowiem znacząco poniżej oczekiwań, które miały być nie niższe niż 30 proc. Przy oszałamiającej frekwencji 84 proc. (pokazującej jak ważne to były wybory dla Niemców) ugrupowania chadeckie nie dociągnęły do stawianego sobie minimum, dlatego mina zwycięzcy, gdy wygłaszał odszlifowaną na nowo mowę, była niewyraźna. Trochę przepisowo uśmiechnięta, trochę zakłopotana.

Nic dziwnego. Powołanie nowego rządu nie będzie proste dla Merza. A na pewno trudniejsze niż się spodziewał, co sam przyznaje. Porozumienie z drugą w wyścigu wyborczym AfD nie wchodzi w grę. Nad Renem obowiązuje zasada „ognia zaporowego” wobec populistów, za jakich powszechnie uznaje się w mainstreamie AfD. Chadekom zostają więc socjaliści Scholza, bo ewentualna koalicja z Zielonymi nie dociągnęłaby do wymaganej większości. A więc Merz po raz trzeci już w historii niemieckiego parlamentaryzmu miałby powrócić do tzw. koncepcji Dwóch Słoni, czyli po niemiecku Zwei Elephantenkoalition. Ostatnio taka koalicja lewicy z prawicą (umowną, przyznajmy) funkcjonowała za rządów Angeli Merkel i była pełna napięć. Tym razem może być jeszcze gorzej, bowiem drugi Słoń czyli SPD nie przypomina już raczej afrykańskiego giganta tylko raczej pluszowego cherlaka z trąbą. Słabi socjaliści pozbawieni charyzmy i wiarygodności, jeżeli wejdą do koalicji, to będą chcieli za wszelką cenę charyzmę, wiarygodność i siłę odzyskać. Dlatego będą stawiać twarde warunki chadekom, którzy nie będą za bardzo mieli pola do manewru, bo koalicją z AfD nawet nie będą mogli straszyć swych sojuszników. Początkowy więc optymizm wieszczący, że nowy rząd może powstać już na Wielkanoc (wypada w tym roku na 20 kwietnia), może się okazać zbyt optymistyczny. Choć stan niemieckiej gospodarki, chaos wewnętrzny oraz napięta sytuacja międzynarodowa wymagają od Berlina pośpiechu, o ile nie chce on ulec zmarginalizowaniu w skomplikowanej grze wokół procesów pokojowych na Ukrainie.

Kanclerz Merz będzie musiał bardzo szybko wymyślić, skąd wziąć pieniądze na niedofinansowaną i będącą w zasadzie w rozsypce Bundeswehrę, bo słabość niemieckiej armii wpływa przecież wprost proporcjonalnie na słabości głosu Berlina w konfrontacji z USA pod przywództwem Trumpa. Niemcy chcą być kolosem europejskim, ale nie mogą sobie poradzić z glinianymi nogami.

Tymczasem problemem do rozwiązania pilnym będzie, skąd wziąć „oiro”, jak po niemiecku się mówi na wspólną walutę, skoro gospodarka ledwie przędzie. Po latach stagnacji na rok 2025 zakłada się rachityczny zaledwie wzrost w wysokości 0,3 proc. PKB. Na potęgę militarną więc się nie zanosi. Stan armii najlepiej odzwierciedla litewska pancerna brygada niemiecka, której nie ma, a która miała już dawno odstraszać Kreml od napaści na nasz kraj.

W Niemczech jest powiedzonko: „Warum sind die Bananen krum?”. Dlaczego banany są krzywe? Jest to retoryczna gra słów, na którą każdy wie odpowiedź: bo taka jest natura bananów. Takie są ze swej istoty. Równie dobrze tak retoryczne pytanie można by zadać w przypadku AfD: dlaczego tej antyestablishmentowej partii, populistycznej i trochę ekstremistycznej tak lawinowo rośnie poparcie, mimo że Niemcy są wykształceni, za populistów się nie uważają. Ba, mają o sobie wysokie mniemanie, jakby zaśpiewali Chłopcy z Placu Broni. Odpowiedź jest prosta jak z bananami – bo partie mainstreamowe z liberalnej demokracji są często jeszcze bardziej populistyczne. Aleksandra Rybińska, warszawska publicystka i ekspert od Niemiec mówi wprost, że to Angela Merkel wyhodowała AfD jak żmiję na swej piersi. Rzucając megapopulistyczne hasło – „przyjmiemy każdego migranta, który tylko dotrze do naszych granic”, uruchomiła proces kuli śniegowej. Nieszczęście dla Niemiec i całej Europy, jakiego nie zaznały od czasów II wojny światowej. Nobliwi Niemcy, nawykli do posłuchu, długo wierzyli w bajki o ubogaceniu kulturowym, polityce multikulti, o ciężko pracujących migrantach na ich przyszłe emerytury. Gdy zamiast tego wszystkiego otrzymali miliardowe wydatki na utrzymanie przychodźców, którzy pracować nie chcą tylko chcą socjalu (90 proc. migrantów z fali roku 2015 – to bezrobotni), oraz drastyczny spadek poczucia bezpieczeństwa, zaczęli buntować się. Zaczęli szukać alternatywy właśnie dla partii establishmentowych, które ich zawiedli i oszukali. Trafili na AfD, na którą jeszcze dekadę wcześniej wzdrygali się nawet spojrzeć. To populizm partii CDU/CSU czy SPD i Zielonych daje paliwo dla AfD, która obiecuje masowe deportacje nielegalnych migrantów. Obiecuje skończyć z Zielony Ładem, który tak spętał słynną niemiecką Wisrtschaft swymi utopijnymi regulacjami, że ta ledwie zipie.

AfD owszem w części głosi hasła nie do przyjęcia. Szczególnie dla nas Polaków, gdy relatywizuje historię i niemieckie zbrodnie podczas II wojny światowej, gdy planuje reset z Rosją, by znowu pompować tani rosyjski gaz przez Nord Stream II, co ocałal po eksplozji. Jest to dla nas groźne, jak też groźne są pomysły, by problem z niechcianymi migrantami rozwiązywać kosztem sąsiadów, do czego dążą z kolei i chadecy i socjaliści. W tym ostatnim przypadku istnieje ogólnoniemiecki kompromis. Wszystkie partie za wyjątkiem Zielonych wspierają ideę Merza, by w trybie ścieżki dublińskiej (umowa z Dublina przewiduje odsyłanie nielegalnych migrantów wewnątrz Unii do kraju ich pierwotnego objawienia się w UE) odsyłać migrantów do najbliższych sąsiadów. Niemieckie busy policyjne regularnie już podrzucają w tym trybie przybyszy Polsce - dyskretnie, bezkarnie, bez weryfikacji. A niemieckie media chwalą rząd polski, że przyjmuje wszystkich jak leci w odróżnieniu od Francji, Włoch, Austrii czy Holandii, którzy nie przyjmują. Nasz kraj też jest bezpośrednio zagrożony ścieżką dublińską, bo przecież przez naszą granicę też nielegalnie migraci wrywają się do Unii. Innym zagrożeniem dla nas jest bezrefleksyjne zawierzenie Niemcom i ich Bundeswehrze naszego bezpieczeństwa nie pytając, jak kraj nawet bogaty i wielki może być gwarantem bezpieczeństwa, skoro armia jego w rozsypce, niedofinansowana chronicznie, a rząd nie ma pomysłu, jak wysupłać pieniądze na jej modernizację i powiększenie stanu. Na dodatek najgorszym scenariuszem byłoby skonfliktowanie nas z Amerykanami przez niemiecką politykę wypychania Ameryki z Europy. Wtedy cytat z prezydenta W. Busha uwieczniony na ścianie wileńskiego ratusza mówiący, że wrogowie Litwy będą naszymi wrogami, nic nam do niczego by się nie przydał. I to z powodu wyłącznie naszej winy.

Alice Weidel, liderka AfD wieszczy nowej koalicji krótki żywot, gdyż ignoruje ona wolę wyborców. A na dodatek będzie dalej żyrować politykę Brukseli, której zresztą jest główną architektką. Skostniałe, zdemoralizowane, zideologizowane i bezradne elity europejskie robią wszystko, by utrzymać się u władzy w swych krajach. Ich kordony sanitarne czy ogniowe zapory przeciw populistom są jednak coraz mniej skuteczne, bo przez populistów czynione...

Tadeusz Andrzejewski,
radny rejonu wileńskiego

Komentarze   

 
#8 marcin 2025-03-21 13:29
politycy niemieccy lubią pouczać innych, a sami u siebie mają bałagan...
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#7 Stanisław 2025-03-06 17:00
Trafna analiza sytuacji politycznej w państwie, które jak zawsze chce być europejskim hegemonem.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#6 greg 2025-03-06 16:59
Każdy wynik wyborów w Niemczech jest zły z punktu widzenia Europejczyków. Bo ani socjaliści ani tzw. chadecy nie będą prowadzić polityki uczciwej i solidarnej wobec innych państw, a jedynym kryterium jest da nich interes własny niemiecki (co zresztą można jakoś tam zrozumieć...).
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#5 Andrzej 2025-03-05 12:37
Niemcy niszczą Europę. Od czasów urzędowania Angeli Merkel widzimy przyśpieszenie tej dewastacji. Naiwna to ona z pewnością nie była, otwierając wrota Unii dla muzułmańskich tzw. imigrantów. Skrupulatnie (ordnung muss sein) realizowała niemiecką politykę, w tym wieczny sojusz z Moskwą, z pełną świadomością, robiąc biznesy z Putinem. Teraz niemieccy przywódcy umywają ręce niczym Piłat i udają naiwne niewiniątka. Ale jej następca Scholz wcale nie był lepszy, a co pokaże Merz dopiero zobaczymy.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#4 czytelnik 2025-03-05 12:32
Przypomnijmy słowa kanclerz Angeli Merkel sprzed kilku lat.

"Wraz z 4,5 miliona mieszkających u nas muzułmanów ich religia, islam, stała się częścią Niemiec".

"Wielu z nich praktykuje swoją religię, islam, pokojowo, zgodnie z Konstytucją i prawem".

"Dla wielu osób jest trudno pogodzić się z tą myślą".
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#3 cc 2025-03-05 11:37
chcą być Niemcy panami Europy a ze sprawami u siebie nie mogą poradzić
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#2 Marek 2025-03-05 10:28
To Angela Merkel doprowadziła nie tylko Niemcy, ale całą Unię do katastrofy wywołanej niekontrolowanym napływem nachodźców, którzy nie chcą się ani asymilować, ani nawet uszanować praw i zasad państw przyjmujących. Kryzys migracyjny to także wielki kryzys bezpieczeństwa, Europejczycy nie mogą czuć się swobodnie we własnych krajach.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#1 Janusz 2025-03-05 10:25
Niemcy jak zawsze chcą być kolosem europejskim, ale nie mogą sobie poradzić z glinianymi nogami.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz