Oczywiście nikt rozsądny nie oczekuje od uczniów garniturów ani mundurków rodem z dawnych czasów. Jest gorąco, każdy chce czuć się wygodnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy wygoda całkowicie wypiera poczucie sytuacji. Szkoła to nie plaża, klub ani wybieg mody. To miejsce, w którym człowiek uczy się nie tylko wzorów i dat, ale też podstaw kultury oraz szacunku do innych ludzi i samego miejsca.
Bo ubiór również jest formą komunikatu. Pokazuje, czy traktujemy dane miejsce poważnie. Problem nie tkwi nawet w samej modzie, ale w podejściu, które dziś usprawiedliwia właściwie wszystko.
Coraz częściej słyszymy, że nie można od nikogo wymagać, bo uczeń ma się „dobrze czuć”, „wyrażać siebie”. I właśnie pod hasłem dobrego samopoczucia ucznia pozwala się dziś na coraz więcej. Granice przesuwają się kawałek po kawałku, aż w końcu zaczyna się wmawiać ludziom, że zasady same w sobie są czymś złym. Najwygodniej powiedzieć: „nieważne, jak ktoś wygląda, ważne, co ma w głowie”. Tylko że to jedno z większych uproszczeń naszych czasów. Bo wygląd zawsze coś pokazuje. Pokazuje stosunek do miejsca, ludzi i sytuacji. Jeśli ktoś przychodzi do szkoły ubrany tak, jakby szedł na plażę albo imprezę, to trudno udawać, że kompletnie nic to nie znaczy.
Problem polega na tym, że dziś coraz bardziej boimy się wymagać czegokolwiek. Bo zaraz pojawi się argument o ograniczaniu wolności, odbieraniu komfortu albo „czepianiu się ubrań”.
A przecież zasady nie są po to, żeby komuś utrudniać życie. Raczej po to, żeby przypominać, że nie każde miejsce może pełnić dowolną funkcję i że pewne granice po prostu istnieją. Szkoła nie musi być żadnym wojskowym obozem, ale też nie powinna stopniowo zamieniać się w plażowy deptak, gdzie znika jakiekolwiek poczucie umiaru i wszystko staje się „dozwolone”, bo tak jest wygodniej. [www.biologia.szkolnastrona.pl]
Rota
