W Solecznikach odwołano pokaz filmu „Wołyń”

2017-03-17, 12:55
Oceń ten artykuł
(2 głosów)
W Solecznikach odwołano pokaz filmu „Wołyń” Fot. materiały prasowe

3 kwietnia w Centrum Kultury w Solecznikach miał się odbyć pokaz filmu „Wołyń”, jednakże pokaz został odwołany. 

Organizatorzy festiwalu filmowego "Kino pavasaris" nie wyrazili zgody na pokaz filmu w Solecznikach w trakcie festiwalu. Zostanie ustalony inny termin pokazu, o którym poinformujemy.

Film „Wołyń” to polski dramat wojenny z 2016 roku w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Scenariusz filmu powstał na kanwie opowiadań Stanisława Srokowskiego oraz wspomnień świadków rzezi wołyńskiej w latach 1943–1944.

O filmie

Akcja filmu „Wołyń” rozpoczyna się wiosną 1939 roku w małej wiosce zamieszkanej przez Ukraińców, Polaków i Żydów. Zosia Głowacka ma 17 lat i jest zakochana w swoim rówieśniku, Ukraińcu Petrze. Ojciec postanawia jednak wydać ją za bogatego polskiego gospodarza Macieja Skibę, wdowca z dwójką dzieci. Wkrótce wybucha wojna i dotychczasowe życie wioski odmienia najpierw okupacja sowiecka, a później niemiecki atak na ZSRR. Zosia staje się świadkiem, a następnie uczestniczką tragicznych wydarzeń wywołanych wzrastającą falą ukraińskiego nacjonalizmu. Kulminacja ataków nadchodzi latem 1943 roku. Pośród morza nienawiści Zosia próbuje ocalić siebie i swoje dzieci.

Apokalipsa „skrwawionych ziem”

Krwawe wydarzenia, które miały miejsce na Wołyniu (tereny byłego województwa wołyńskiego II RP) w 1943 i 1944 roku, a których kulminacja przypadła na lato ‘43 (11 lipca zaatakowano 99 polskich wsi i wymordowano większość ich mieszkańców), do dziś budzą wielkie emocje i są przedmiotem naukowych badań i częstokroć ostrych polemik. Jak powiedział ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczycia 25 lutego 2015 roku, tego tematu nie wolno omijać: – Wołyń to tragedia obu narodów. Nie może nas skłócić. Jednak faktem jest, że wydarzenia te i ich interpretacje, często sprzeczne i tendencyjne, do dziś są powodem wielu konfliktów. Ziemie, o których mowa, zostały najpierw zajęte przez Sowietów, potem przez Niemców. Stały się terenem przesiedleń i represji, następnie Holokaustu.

Z inicjatywy części ukraińskich nacjonalistów z odłamu OUN-B i jej zbrojnego ramienia Ukraińskiej Powstańczej Armii, doszło do niezwykle okrutnych ataków, głównie na polską ludność cywilną. Według różnych szacunków zginęło 40–60 tysięcy ludzi. Niektórzy mówią o liczbie nawet dwukrotnie wyższej. Masowość zbrodni i palenie wiosek utrudniały dokonanie dokładniejszego zliczenia ofiar. W wyniku polskich działań obronnych i akcji odwetowych, śmierć poniosło około 2–3 tysięcy Ukraińców. – Tej taktyki masowych mordów Ukraińcy nauczyli się od Niemców. To dlatego czystki etniczne UPA zaskakiwały skutecznością i dlatego wołyńscy Polacy w 1943 r. byli niemal tak samo bezradni jak Żydzi na Wołyniu w 1942. Kampania przeciwko Polakom zaczęła się na Wołyniu, a nie w Galicji, prawdopodobnie właśnie dlatego, że tutaj policja ukraińska odegrała większą rolę w wydarzeniach Holokaustu. Łączy to zagładę Żydów z rzezią Polaków i wyjaśnia obecność na Wołyniu tysięcy doświadczonych w ludobójstwie Ukraińców – twierdził Timothy Snyder, specjalista od historii Europy Wschodniej z Yale, autor przyjętej z uznaniem monografii „Skrwawione ziemie” („Bloodlands”, 2010, wyd. polskie 2011).

Historyk Grzegorz Motyka, członek Rady IPN, przypominał w wywiadzie udzielonym PAP (11.07.2016): – Mitem jest więc przekonanie, że wszyscy Ukraińcy wystąpili przeciwko Polakom. W rzeczywistości inicjatywa i organizacja czystek spoczywała od początku do końca w rękach kierownictwa OUN-B. Jest wiele świadectw na temat chłopów z Wołynia, którzy nawet jeśli sympatyzowali z postulatem niepodległości Ukrainy wysuwanym przez Ukraińską Powstańczą Armię, to jednocześnie z dużym dystansem patrzyli na akcje, w których ginęli ich polscy sąsiedzi. Do takiej opinii przychyla się wielu historyków. Choć nie znaleziono jednoznacznego dokumentu nakazującego zmasowany terror – są tylko zeznania złożone przed NKWD, więc trudno mówić o ich pełnej wiarygodności – zbrodnicze akcje niewątpliwie nie miały charakteru „spontanicznych” samosądów. – Zbrodnie na ukraińskich cywilach nie dadzą się w żaden sposób usprawiedliwić, ale z całą pewnością nie można mówić o symetrii tych wydarzeń z działaniami UPA. Celem UPA była depolonizacja ogromnego obszaru kilku województw II RP, zaś po polskiej stronie wyłącznie zemsta i zastraszenie. Odwet dotyczył wyłącznie wybranych ukraińskich wiosek. Nie można więc mówić o symetrii działań polskiego i ukraińskiego podziemia. Warto dodać, że poparcie dla UPA wzrosło gwałtownie po wkroczeniu na te ziemie Armii Czerwonej. Wówczas walka z Sowietami była jednoznacznie kojarzona jako coś dobrego i służącego odzyskaniu niepodległości – podkreślał we wspomnianym wyżej wywiadzie tenże naukowiec. Dodawał także: – Spojrzenie na ówczesne wydarzenia nie zmieniło się zasadniczo od roku 2003, czyli od dyskusji, która towarzyszyła obchodom 60. rocznicy zbrodni wołyńskiej. Wówczas została odsłonięta głęboka różnica pomiędzy polskim i ukraińskim spojrzeniem na Wołyń ‘43. Ten konflikt pamięci wciąż się utrzymuje. Niektórzy nie chcą tego widzieć i dziwią się, że w okresie rocznic ta dyskusja przybiera tak gwałtowny charakter. Bardzo ubolewam nad tym, że w ostatnim czasie doszło do takich incydentów jak wystąpienia przeciwko procesji religijnej Ukraińców w Przemyślu. W trakcie dyskusji nad Rzezią Wołyńską możemy różnić się w ocenach historycznych, ale różnice te nie mogą usprawiedliwiać niegodnych zachowań, których we współczesnych relacjach między naszymi narodami być nie powinno. Możemy spierać się o historię, ale nie powinniśmy przenosić tych sporów na obecne stosunki, ponieważ jest to dla nich katastrofalne.

Z biegiem lat przybywało świadectw uczestników i świadków tragicznych wydarzeń, świadectw przeważnie wielce szokujących, pojawiało się też coraz więcej prac historycznych usiłujących opisać możliwie najpełniej genezę i przebieg masakry. Jeśli chodzi o artystyczne świadectwa, to być może najwybitniejszym z nich była powieść Włodzimierza Odojewskiego „Zasypie wszystko, zawieje” opublikowana po raz pierwszy przez Instytut Literacki w Paryżu w 1973 roku i bardzo dobrze przyjęta przez francuską i niemiecką krytykę. Teodor Czerestwienski, jeden z bohaterów tej słynnej powieści, tak mówił o sytuacji na Wołyniu: – Czasem wydaje mi się, że rozumiem wszystko, czasem, że nic. Oczywiście, tobie zależy na tej ziemi w sensie jak najbardziej dosłownym, bo jej kawałek jest twoją rodzinną własnością od kilku wieków, i także w przenośnym, bo uważasz, że to twój kraj. Ukraińcy mówią, że to wyłącznie ich kraj i macie iść stąd precz. Ale na dobrą sprawę ty i tobie podobni nie jesteście nikim innym, jak Ukraińcami. Czy też Rusinami. W końcu to jedno i to samo. Nie o nazwę przecież chodzi. W którymś tam pokoleniu zmieniliście wyznanie, najczęściej zaś język, czasem i to, i tamto równocześnie, nie przestaliście jednak być Rusinami. Jesteście więc wy, mówiący po polsku – dawna szlachta czy chłopi, wszystko jedno – autentycznymi synami tej ziemi. Zatem o co nienawiść? O język? Też nie. (…) Nie język zatem ani narodowość rozgranicza. Myślałem dawniej, że nędza i bogactwo. (…) Więc i ten podział: nędza – bogactwo, niczego nie wyjaśnia. (…) Może przyczyna tego, co tu się dzieje, tkwi gdzie indziej? Może jak mozaika składa się z wielu elementów, których nie umiem poskładać? Tego typu pesymizm i rozpacz, czasem pełne także chęci moralnego zadośćuczynienia i lęku przed możliwym odrodzeniem się nacjonalizmu w jego najbardziej radykalnej postaci, były i są charakterystyczne dla wielu środowisk kresowych, także ze względu na fakt, że historię z powodów politycznych przez lata fałszowano, deformowano i przemilczano. A tymczasem na świecie, a także i w Europie, podczas wojny na Bałkanach, dochodziło do podobnych w charakterze, przerażających wydarzeń, z którymi tamtejsze społeczeństwa, a także artyści, ze zmiennym powodzeniem usiłują poradzić sobie do dziś.

Musi boleć

Wojciech Smarzowski, twórca tak cenionych i szeroko dyskutowanych filmów jak „Wesele”, „Dom zły” czy „Róża”, uprawia kino „bez znieczulenia”, chwilami bezwzględne wobec swych bohaterów, ale z pewnością podszyte tęsknotą za wartościami moralnymi porządkującymi chaos i przemoc świata, przynajmniej prowizorycznie. Pesymizm twórcy, jego przekonanie o ułomności i ciążeniu ludzkiej natury ku złu, łączą się na ogół harmonijnie ze skłonnością do precyzyjnie opisanego detalu, a kult konkretu z metaforą; groza z bardzo specyficznym poczuciem humoru, precyzja konstrukcji z ostrością i kondensacją przenikliwej społecznej i psychologicznej obserwacji. Smarzowski nie lęka się podejmować tematów omijanych lub traktowanych z różnych względów zdawkowo. Nie inaczej jest i tym razem.

Reżyser w pełni zdawał sobie sprawę, że jego film może spotkać się z niechętnymi, wręcz wrogimi reakcjami z różnych stron. Mówił otwarcie, iż wie, że nie jest w stanie zadowolić wszystkich i że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przyznawał, że sukces „Róży” zachęcił go do podjęcia tak trudnego tematu jak zbrodnie na Wołyniu. Idea nakręcenia filmu o Wołyniu powstała na przełomie 2011 i 2012 roku. Smarzowski uważał, że nie może uniknąć ukazywania przemocy, kręcąc, jak to określał, „film o miłości w nieludzkich czasach”. Najpierw powstała książka Stanisława Srokowskiego „Nienawiść” („Prószyński i spółka”, 2006), która jest zbiorem opowiadań opartych na relacjach świadków tamtych wydarzeń i – według autora – kroniką zagłady „łacińskiego świata”. Na jej podstawie, na wielu etapach współpracując z pisarzem, Smarzowski napisał scenariusz filmu „Wołyń”. Nad oddaniem realiów kresowej tragedii czuwali naukowcy z IPN, przede wszystkim doktor Leon Popek z Lublina. Prócz nich zaangażowano także Ewę Siemaszko, niezależną badaczkę zbrodni popełnionych na wołyńskich Polakach oraz dr. hab. Grzegorza Motykę, historyka. Konsultantką w kwestii gwar kresowych polskich i ukraińskich była Ludmiła Januszewska, doktorantka w Instytucie Slawistyki PAN, Polka urodzona i mieszkająca na stałe na Ukrainie. W sprawach etnograficznych konsultacji udzielała dr Olga Linkiewicz.

Nienawiść i nadzieja

Film był najdroższą, jak do tej pory, produkcją Smarzowskiego, kosztował ok. 19,5 mln złotych. Jego akcja obejmuje pięć wyjątkowo tragicznych lat z historii Wołynia. Kręcono przez 80 dni zdjęciowych w różnych porach roku. Wołyńską wieś zagrała dekoracja wybudowana na terenie Muzeum Wsi Lubelskiej, zdjęcia kręcono też w okolicach Kolbuszowej, Sanoka, Rawy Mazowieckiej i Skierniewic, w Kazimierzu Dolnym, na terenie Puszczy Kampinoskiej, w okolicach Bolimowa oraz nad Narwią koło Wizny. Okres zdjęciowy trwał od 19 września 2014 do końca maja 2016 (włącznie z dokrętkami). Na planie pojawiły się setki statystów, grupy rekonstrukcyjne, transportery, czołgi, działa.

Realizacja filmu była skomplikowana, czasem wręcz niebezpieczna i wymagała od ekipy, także aktorów, wielkiego zaangażowania. Arkadiusz Jakubik schudł do roli zazdrosnego i brutalnego Skiby aż 15 kilo. Aktor wspominał, że scena, w której strzela z ciężkiego karabinu maszynowego i w której na odległość metra zbliża się do niego niemiecki czołg, była doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. – Ale najbardziej niebezpieczna scena to była walka wręcz na bagnety, a najcięższy fizycznie był dzień, gdy kręciliśmy scenę na bagnach – opowiadał. – Mając piętnaście kilogramów broni i ekwipunku na sobie, zapadaliśmy się w bagnie do pół uda i niemal nie sposób było zrobić następnego kroku.

W pewnym momencie pojawił się pomysł, by połowę filmu zrealizował Smarzowski, połowę – reżyser z Ukrainy. Do tego jednak nie doszło. Nie udało się Smarzowskiemu znaleźć kogoś zbliżonego pokoleniowo i pod względem poglądów estetycznych, kto by chciał i był w stanie udźwignąć temat. Reżyser deklarował, że zrobi film jak najbardziej uczciwie, dociekając złożonych przyczyn rzezi. – U mnie nie ma remisu. Liczby ofiar świadczą wyraźnie o tym, która strona była bardziej pokrzywdzona i która zaczęła. Chcę też opowiedzieć o tym, co działo się wcześniej – akcja zaczyna się w 1939 roku, ale cofam się dalej, by szukać przyczyn – przytaczał jego wypowiedź Paweł T. Felis w reportażu z planu w „Gazecie Wyborczej”. – Nie cofam się, nie patrzę wstecz, patrzę do przodu. To jest z pewnością najtrudniejszy film, który robiłem. Wynika to z dużej ilości statystów, dużej liczby dni zdjęciowych, z rozrzuconej scenografii, z pracy z dziećmi. Najtrudniejsze było dla mnie, jak przeprowadzić dzieci, małych aktorów, przez tę historię.

Do kluczowej roli Zosi poszukiwano odtwórczyni podczas castingów, które trwały prawie rok. Michalinę Łabacz wybrano spośród 250 kandydatek. Aktorka przyznała, że jeszcze przed realizacją filmu czytała wiele na temat Wołynia, uczyła się pilnie, jak i inni aktorzy, wołyńskiego dialektu. – Michalina jest zjawiskową, bardzo czujną aktorką, która ma to „coś”, co przykuwa uwagę – twierdził Jakubik. Jego opinię podzielili gdyńscy jurorzy, którzy przyznali Łabacz nagrodę za profesjonalny debiut aktorski podczas 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni.

Już po dwóch dniach pracy Arkadiusz Jakubik „czuł się rozwalony” intensywnością doznań na planie. – Punktem wyjścia jest tu klasyczny miłosny trójkąt – mówił. – Ale powracało do mnie pytanie, czego trzeba, by ludzie posunęli się do tak nieprawdopodobnego bestialstwa, czy tylko chorej idei czy też jakiegoś impulsu, żeby te złe siły uruchomić. Podkreślał, że temat angażował go osobiście: – Rodzice mojego ojca uciekali ze Lwowa przed Ukraińcami.

Piotr Sobociński junior, który należy do stałej grupy współpracowników reżysera, przyznawał, że tym razem najtrudniejsze były nocne sceny zbiorowe, w których brały udział potężne grupy statystów. Za zdjęcia do „Wołynia” otrzymał nagrodę na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni.

Jakubik zwracał uwagę na werystyczny styl filmu, wspominał też z podziwem ukraińskich aktorów, którzy jego zdaniem „metodę Stanisławskiego mają w małym palcu”. W wywiadzie dla „Wprost” aktor stwierdził, że „Smarzowskiemu się nie odmawia. Wojtek robi dziś najlepsze filmy w Polsce”. Uważa też, że tematu nie należy zamiatać pod dywan, choć ryzyko wykorzystania go przez nacjonalistów jest, niestety, realne. – Musimy się razem z tym rozliczyć i nauczyć z tym żyć. Aktor podkreślał, że podobnie jak w „Domu złym”, miał przed sobą trudne i bardzo obciążające psychicznie zadanie: – Cały czas rozmawiam ze sobą, jestem z postacią, którą gram. Atmosfera „Wołynia” była dla mnie tak ciężka, że ostatniego dnia poprosiłem produkcję o załatwienie mi transportu od razu po zdjęciach. Rano spakowałem się, zabrałem walizkę na plan i gdy padł końcowy klaps, szybko uciekłem, gdzie pieprz rośnie. Nie chciałem mieć z tym światem już nic wspólnego. Bo to świat straszny.

Smarzowski, przygotowując się do realizacji i pracując nad scenariuszem, słuchał różnych opinii i miał pewne wątpliwości. Przyznał, że w którymś momencie musiał zrezygnować z konsultacji, by doprowadzić rozpędzoną machinę produkcyjną do końca. – Nie można zatajać prawdy o zbrodni, bo to droga do nowych zbrodni – stwierdził. – Na poruszanie tego tematu nie ma dobrego czasu. Unikanie trudnych tematów nie jest żadnym wyjściem. Ja jestem reżyserem, tylko robię film.

Rozmach i skala

80 dni zdjęciowych – tyloma dniami na planie nie mógł się pochwalić w ostatnim czasie żaden film, żadna polska superprodukcja, nawet „Bitwa Warszawska 1920”, „Wałęsa”, czy „Miasto 44”. Zdjęcia, które objęły cztery pory roku, realizowane były w następujących etapach: jesień 2014, zima 2015, wiosna 2015, lato 2015 oraz dokrętki na wiosnę 2016 r.

Było ponad 130 ról aktorskich oraz wiele epizodów; aktorzy mówili w pięciu językach: po ukraińsku, polsku, rosyjsku, niemiecku i w jidisz. Zdjęcia realizowano z wykorzystaniem najnowszych kamer elektronicznych. Na planie pracowały prawie codziennie dwie lub trzy kamery, a zdarzały się dni zdjęciowe, podczas których wykorzystywano nawet pięć kamer. Uwagę jury w Gdyni przyciągnęła charakteryzacja, za którą nagrodę otrzymała Ewa Drobiec.

Muzyka z tamtych miejsc

Za muzykę do filmu był odpowiedzialny Mikołaj Trzaska, wybitny saksofonista i klarnecista, w latach 90. członek legendarnej grupy „Miłość”, potem odnoszący sukcesy na własne konto, między innymi z zespołem „Łoskot”. Pracował z muzykami z różnych kręgów – Lesterem Bowie, Tomaszem Stańką, Kenem Vandermarkiem, Tymonem Tymańskim, Tomaszem Budzyńskim czy Leszkiem Możdżerem. Trzaska inspirował się dokonaniami jazzu z lat 50. i 60., zwłaszcza Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana, ale z czasem brał udział także w innych przedsięwzięciach, również mainstreamowych. Jest zafascynowany muzyką klezmerską, która bywała muzyczną bazą wielu jego poczynań. Współpracuje ze Smarzowskim od lat (poznał go na premierze „Małżowiny”), ze znaczącymi sukcesami, nie tylko przy filmach, ale i głośnych spektaklach telewizyjnych („Kuracja”, 2001, „Cztery kawałki tortu”, 2006). Napisał muzykę do „Domu złego”, „Róży” (Września, Ogólnopolski Festiwal Sztuki Filmowej „Prowincjonalia” – „Jańcio Wodnik” za muzykę, 2012; Ostrów Wielkopolski, Festiwal Filmowy im. Krzysztofa Komedy, Grand Prix Komeda, 2013), „Drogówki” (nominacja do Orła, 2013) i „Pod Mocnym Aniołem” (Gdynia, Festiwal Polskich Filmów Fabularnych; od roku 2012 Gdynia Film Festival – Nagroda za muzykę, 2014). – Pojechałem na Ukrainę – opowiadał w wywiadzie dla „Kuriera Szczecińskiego” – porozmawiałem z tamtejszymi ludźmi, napiłem się z nimi zakarpackiego koniaku. Muszę tam być, muszę poczuć smak tego miejsca, aby zrobić to szczerze. Ten rodzaj pustki, wymazania pamięci, był dla mnie bardzo ciekawy.

– Muzyka daje taką szansę, że można wypowiadać historie niewypowiedziane – mówił w poświęconym mu filmie dokumentalnym „Ucho wewnętrzne”. Na łamach „Jazz Forum” wyznawał zaś: – Przychodzę do miejsca, w którym nie ma nic albo jest wiele rzeczy, ale zaczynam z tzw. punktu zero. Czuję różnego rodzaju emocje, napięcia. Jakoś próbuję to pomieścić w sobie i wypuścić przez ustnik.

O pracy nad „Wołyniem” opowiadał w wywiadzie udzielonym Katarzynie Fryc z trójmiejskiego wydania „Gazety Wyborczej”: – Film zaczyna się od sceny wesela polsko-ukraińskiego, więc szukamy muzyki polskiej i ukraińskiej z tamtych lat i części wspólnej dla obu tych tradycji. Mamy specjalistów, którzy wykonują taką muzykę. Pomaga mi Maniucha Bikont, specjalistka od wyszukiwania i wykonywania muzyki Kresów, która potrafi śpiewać białym głosem. Wszystko odbywa się błyskawicznie, bo Wojtek już kręci tę scenę i chce, by jeden z aktorów zaśpiewał czy zagwizdał na weselu ten motyw muzyczny. Więc Maniucha mi coś takiego wyszukuje, śpiewa i przesyła do mnie, ja wybieram odpowiedni fragment i odsyłam Wojtkowi na plan. Wybieram motyw, od którego potem będę mógł się odbić, i poprowadzić go dalej. W sumie muzyki powstaje tyle samo, co taśmy filmowej, a potem w filmie pojawia się z tego znikomy procent. Trzaska zdradzał także, jaką muzykę planuje do filmu: – Między innymi muzykę w wykonaniu Maniuchy i jej załogi z bębnem i cymbałami. Teraz jestem na etapie prób z orkiestrą z Sejn, która oddaje przygraniczny koloryt. Jej brzmienie jest dalekie od orkiestry klasycznej, bo takiej w ogóle nie potrzebuję. Język orkiestry z Sejn pasuje mi do obrazu Wołynia, jego chat i tego, co będzie się działo w filmie. Ich trąby brzmią inaczej niż blachy z filharmonii. Każda z nich ma indywidualność, a przez to silny wyraz.

Komentarze   

 
#10 ziuk 2017-03-17 21:32
Widziałem film. Mocny (choć i tak "lżejszy" niż powieść, na podstawie której powstał scenariusz). Znakomity, zarówno od strony realizacji, jak i aktorsko. Świetne dzieło Smarzowskiego.
Ale co najważniejsze - prawdziwy, bo oparty na historii rzezi wołyńskiej.
Dlatego budzi tyle emocji i jest zakazywany, jak tzw. "półkowniki" (od zalegania na półkach) za komuny.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#9 Organizator 2017-03-17 19:32
Cytuję mac56:
Ale czy organizatorzy festiwalu mieli prawo zabronić pokazu filmu w Solecznikach????

Niestety mieli. Ponieważ film startuje w konkursie i producent musiał wybierać.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#8 Marco Polo 2017-03-17 19:05
Nie można kręcić a tym bardziej pokazywać filmów, gdzie w roli zbrodniarzy występują bohaterowie Ukrainy.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#7 mac56 2017-03-17 15:10
Ale czy organizatorzy festiwalu mieli prawo zabronić pokazu filmu w Solecznikach????
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#6 Ryś 2017-03-17 09:31
Niestety,strach mnie ogarnia,że scenariusz lat czterdziestych,który miał miejsce na terenach poludniowo-wschodnich drugiej Rzeczpospolitej może się powtórzyć.Nacyzm na Ukrainie się odradza,a społeczność europejska patrzy na to przez pałce,dla poprawności politycznej,nie ostatnią rolę odgrywa tu też POLSKA,za konsekwencje otwierającej się "puszki Pandory"będziemy odpowiadali my wszyscy bo jesteśmy zakładnikami ówczesnej,"poprawnej"polityki naszych państw.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#5 Wojak 2017-03-17 08:19
Szkoda, że to prawdziwa historia
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#4 Wojak 2017-03-17 08:19
Dobry film
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#3 Ups 2017-03-16 21:56
Pokaz filmu „WOŁYŃ” odwołany! Organizatorzy festiwalu filmowego „Wiosna filmów” (Kino pavasaris) nie dali zgody na pokaz filmu w Solecznikach w trakcie festiwalu. Będzie ustalony inny termin pokazu o którym poinformujemy szanowną publiczność. Przepraszamy” – poinformowali organizatorzy.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#2 Artem 2017-03-16 21:55
dobre Rebus, dobre
Cytować | Zgłoś administratorowi
 
 
#1 Rebus 2017-03-16 21:37
Ciekawie dlaczego w tak przyjaznej dla Polski Ukrainie byly problemy z wyswietlaniem tego filmu.
Cytować | Zgłoś administratorowi
 

Dodaj komentarz

radiowilnowhite

 

 

Miejsce na Twoją reklamę
300x250px
Lietuva 24Litwa 24Литва 24Lithuania 24